Kariery i ambicje. Felieton Fryderyka Zolla (121)

Kariery i ambicje. Felieton Fryderyka Zolla (121)

Andrzej Duda zrobił doprawdy oszałamiającą karierę. Rzadko udaje się tak urzeczywistnić marzenia małych chłopców. Szanse na to, że akurat on zostanie prezydentem Polski, były nikłe. Do wyborczego zwycięstwa musiał doprowadzić splot zupełnie nadzwyczajnych zdarzeń. Niejeden podrośnięty mały chłopiec na pewno zatrząsł się z zazdrości, gdy Andrzej Duda, adiunkt na wydziale prawa, składał przysięgę prezydencką. Ale Duda zajmował ważne stanowiska także wcześniej. Był wiceministrem sprawiedliwości u Ziobry (o czym zapominamy), był ministrem u Lecha Kaczyńskiego, był posłem i eurodeputowanym. Zwłaszcza pierwsze dwa urzędy sygnalizowały istotne cechy charakteru przyszłego prezydenta. Podlegając Ziobrze, Duda mógł się ćwiczyć w demontażu państwa prawa. W służbie Lechowi Kaczyńskiemu nie drgnęła mu ręka, gdy przygotowywał dokument ułaskawienia kolegi zięcia prezydenta i negatywną opinię o rozciągnięciu kontroli KNF nad SKOK‑ami, co miało miliardowe następstwa dla systemu bankowego. Już wtedy dał się poznać jako człowiek całkowicie zależny od swojego aktualnego mentora. Mentorem takim stał się dla niego w końcu Jarosław Kaczyński, który nieraz okazuje Dudzie wzgardę, ale popiera go ze względu na jego wrodzoną niesamodzielność. Duda ma zapewne kompleks na tym tle, dlatego czasami wierzga, jak przy zawetowaniu ustaw sądowych i ostatnio w przypadku Kurskiego. Gdy jednak sposobność do wierzgania minie, wszystko wraca na swoje miejsce – ba, jest jeszcze gorsze. Duda to przestroga dla małych chłopców o wielkich ambicjach: nie warto aspirować do urzędów, do których się nie dorosło. Lepiej być solidnym sekretarzem gminy, zasłużonym dla lokalnej wspólnoty, lepiej być adiunktem dzielącym się wiedzą czy po prostu zwykłym obywatelem, który wykonuje swoje obowiązki. Lepsze to, niż wspiąć się na sam szczyt i przechodzić do historii w taki sposób. W gruncie rzeczy to smutne. Duda miał szansę inaczej zapisać się w najnowszych dziejach Polski. Szkoda, że na samym początku nie posłuchał kolegów z uczelni, którzy wskazywali mu ścieżkę prawości. Wybrał inną drogę: drogę nocnych zaprzysiężeń, tak by uniknąć wzroku Konstytucji. Ona jednak widzi nocą. Raz złamany, konsekwentnie już opowiadał się za deptaniem prawa i niszczeniem wspólnoty obywateli. Teraz przeznaczył dwa miliardy złotych na coś, dzięki czemu chciałby jeszcze przez pięć lat chronić się przed prawem i historią. Trzeba dołożyć starań, żeby ten zamiar się nie powiódł. A dla małych chłopców to nauczka: Mickiewicz nie miał racji. Należy mierzyć zamiar podług sił. W przeciwnym razie jest i śmiesznie, i strasznie.


Felieton jest wyrazem opinii autora. Nie prezentuje stanowiska ZR Małopolskie KOD.