Gra. Felieton Kuby Urbanowicza (3)

Gra. Felieton Kuby Urbanowicza (3)

Czy nie żyjemy w cholernym kryzysie duchowym? Tak, właśnie duchowym, bo to coś innego od współczesnej psychologii, której celem jest poprawa komfortu życia. Zawężenie perspektywy do wymiarów korytarza, w którym spotykam swojego przeciwnika, to objaw poważnej choroby – bardzo zaraźliwej, pandemicznej. Nasilenie pandemii wywiera presję infekcyjną na każdego z nas. Do zarażenia dochodzi w wyniku poddania się i świadomego zacieśnienia horyzontów.

IGRCE Witold Urbanowicz, 2010

Oprócz wyspy zamieszkałej przez cudowne zielone smoki, które posiadły umiejętność samoleczenia z najcięższych nawet ran, a wyspy strzegły bezwzględnie, zabijając wszystkich przybyszów, śniło mi się, że uczestniczyłem w pewnego rodzaju grze. Gra rządziła się prostymi i honorowymi zasadami, podobnie jak wiele innych, często dużo brutalniejszych sportów – o, weźmy na przykład boks, wytwór kultury gentlemanów, czy elegancką szermierkę, odwołującą się do zasad rycerskich. Korytarz miał dwa końce, jak to zwykle korytarze mają, jeśli akurat nie są krużgankiem okalającym wewnętrzny dziedziniec. Zawodnicy stawali pośrodku i wygrywał ten, który dotarł jako pierwszy do końca korytarza za plecami przeciwnika. Nie wolno było uderzać, ale można było popychać, zastawiać drogę i blokować posunięcia.

Do gry ze mną przystąpił jakiś taki niezbyt sprawny człowiek. Był ode mnie starszy, nie potrafił wykonywać skomplikowanych i szybkich ruchów obronnych, które mnie szły całkiem dobrze, czym wzbudzałem podziw zgromadzonych. Tamten lazł tylko przed siebie z tępą, żałosną miną i nie mniej tępą determinacją.

Poniewczasie zorientowałem się jednak, że przegrywam. Na nic moje akrobacje, tu nie o to chodziło. Gra, w której stawką jest życie, jest prostsza, niż myślałem. Do przeciwległej ściany dociera ten, który idzie, a nie ten, który się broni.

Jak to ze snami bywa, przed porażką uratowało mnie obudzenie – niecałkowite: jedna półkula, narracyjna (ciekawe która?), pozostała w tamtym świecie, a druga snuła racjonalną refleksję.

Jak to jest? Dlaczego życie zdało mi się – choć honorowym – to jednak pojedynkiem, w którym chodzi o wyeliminowanie drugiej osoby? Gdzie się podziało bogactwo świata ze skomplikowanym systemem wzajemnych odniesień, wartości, znaczeń, relacji, barw, zapachów, smaków, wzruszeń głębszych i płytszych? Gdzie się podział cały świat, dlaczego został tylko korytarz?

Czy nie żyjemy w cholernym kryzysie duchowym? Tak, właśnie duchowym, bo to coś innego od współczesnej psychologii, której celem jest poprawa komfortu życia. Zawężenie perspektywy do wymiarów korytarza, w którym spotykam swojego przeciwnika, to objaw poważnej choroby – bardzo zaraźliwej, pandemicznej. Nasilenie pandemii wywiera presję infekcyjną na każdego z nas. Do zarażenia dochodzi w wyniku poddania się i świadomego zacieśnienia horyzontów.

Można i pewnie warto by się zastanowić nad tym wszystkim głębiej. Nasila się na przykład fanatyczny egoizm albo „wszechjebizm” (mój neologizm), ale naprawdę nie chce mi się teoretyzować – nie mam na to czasu, bo realne potrzeby materialne rzeczywiście wymagają zaspokojenia i mojej pracy. Wyjście z logiki korytarza jednak zasługuje na refleksję. Kto się w takim korytarzu znalazł – proszę, błagam, zaklinam – niech się obudzi, uruchomi drugą półkulę (podobno pomaga w tym żonglowanie), zrobi sobie herbatę albo zaparzy ziółka i niech pomyśli.


Felieton jest wyrazem opinii autora. Nie prezentuje stanowiska ZR Małopolskie KOD.

Tekst wart skomentowania? Napisz do redakcji!