Układzik żoliborski. Felieton Adama Jaśkowa (60)

Układzik żoliborski. Felieton Adama Jaśkowa (60)

Omawiając działania ekipy aktualnie rządzącej, komentatorzy łatwo wpadają w przesadę. Przeceniają ich znaczenie albo ich nie doceniają. Niezwykle często dają się też złapać w pułapkę analogii do okresu PRL-u.

PiS nie potrafi prowadzić polityki zagranicznej między innymi dlatego, że wymaga ona partnerskiego traktowania rozmówców oraz pewnej rzetelności w negocjacjach. Cechy te są PiS-owi obce, a ich ewentualne przejawy są natychmiast tłumione. Kwintesencją i podsumowaniem PiS-owskiej polityki zagranicznej nie jest spotkanie europejskich nieudaczników politycznych w Warszawie (wyłączam z tego grona Orbana, bo na tle pozostałych to geniusz strategii), lecz balkonowa „konferencja” Morawieckiego z Paryża.

Większość działań, jaki próbuje podejmować rząd PiS-u na arenie międzynarodowej, jest organizowana wyłącznie na użytek wewnętrzny, dla odbiorców wiadomości i telewizji publiczno-narodowej. Nie da się tego porównać z polityką zagraniczną PRL-u, która w tamtym czasie była nad wyraz skuteczna i budowała pozycję międzynarodową Polski znacznie powyżej jej pozycji gospodarczej czy politycznej.

Warszawskiej nacjonalistycznej herbatce PiS-u daleko do herbaty bostońskiej, i to nie tylko z powodu znacznych odległości. Mimo wielu zaproszeń nie przyjechał do Warszawy nikt z poważniejszych graczy poza Orbanem – ani uczestnicy włoskiej koalicji rządzącej, ani przedstawiciele czeskiej partii ODS, która właśnie przejmuje władzę w Czechach. Pojawili się europejscy nieudacznicy, od lat starający się o zwiększenie swoich politycznych wpływów. Znając kompletną nieporadność PiS-u w relacjach międzypaństwowych, można snuć przypuszczenia, że za pomysłem spotkania nie stoi geniusz z Żoliborza, ale aktualny „regent” z Budapesztu, któremu do kompletu tytułów pozostaje jeszcze uzyskanie stopnia admirała. Wierny parlament może ów stopień przyznać w każdej chwili, jeśli tylko admirał in spe uzna, że poprawi to jego sondaże przedwyborcze.

Partia Orbana rozstała się z największą frakcją Europarlamentu i aktualnie jest bezdomna. Mogłaby co prawda wpisać się do frakcji PiS-u (Europejscy Konserwatyści i Reformatorzy – wiem, brzmi bajkowo), ale wolałaby przekształcić ją w coś większego, a z mniejszymi wpływami polskich sojuszników. I być może to właśnie Orban był inicjatorem spotkania w Warszawie. W razie porażki, do której chyba doszło, wina spadłaby na PiS.

Publicystyczne analogie, którymi dosyć szeroko szermowano przed spotkaniem i w jego trakcie, więcej jednak mówią o publicystach niż o samym spotkaniu. Nazywanie tego wydarzenia nowym Układem Warszawskim świadczy o świadomym lub podświadomym chorobliwym antykomunizmie czy antysocjalizmie. Jeśli już szukać analogii, bardziej adekwatne byłoby określenie „nowy pakcik stalowy”. Ciekawe, że Warszawa, miasto zrównane z ziemią przez faszystów, tak często przyciąga grupy żywiące faszystowskie resentymenty. Tylko nieostrożne manewry Orbana z PiS-em oraz włoskie konflikty wewnętrzne sprawiły, że do Warszawy nie przyjechała żadna włoska partia karmiąca się faszystowskim iluzjami.

PiS nie ma nic wspólnego z socjalizmem ani nawet z politykami socjalnymi. Kaczyński nie tęskni za dyktaturą proletariatu, ale za swoją własną. Tak samo Putin i dzisiejsza Rosja nie mają nic wspólnego ani z lewicą, ani z socjalizmem. Jeśli szukać historycznych porównań, Putinowi bliżej do Piotra I, Katarzyny (choć to akurat była Niemka) czy Aleksandra I. Ten ostatni zapewne najbardziej przypadłby mu do gustu, bo odgrywał w Europie rolę, jakiej żadnemu rosyjskiemu władcy ani przed nim, ani po nim nie udało się odegrać.

Putin i Rosja mają swoje interesy i starają się na różne sposoby realizować je w Europie – podobnie jak Stany Zjednoczone, Izrael, Arabia Saudyjska czy Chiny. Owszem, Putin cieszy się, gdy partie „Europy Narodów” zyskują na znaczeniu, ale rozpad Unii nie jest dla niego korzystny. Putin chciałby Unii równoważącej wpływy chińskie i amerykańskie, z którą można prowadzić dialog i robić interesy – Unii kierowanej przez trójkąt francusko-włosko-niemiecki, bo z tymi Rosjanie umieją się dogadać. W razie potrzeby potrafią też kupić polityków lub… kraj. Tak samo jak USA czy Chiny.

Wszyscy ci, którzy w Europie wyrażają się pochlebnie o reżimie Putina, podobnie chwalili Trumpa. Nie było tak dlatego, że Trump z Putinem mieli wspólne interesy (choć miewali wspólnych wrogów), ale dlatego, że europejskim sierotom po nacjonalizmie podobają się „silni” autokraci. Każdy z nich nosi w plecaku marszałkowską laskę Goeringa, mundurek Franco czy kapelusz admiralski Horthy’ego.

A kawiarniani czy też „zawodowi” komentatorzy powinni pamiętać, że podążając ślepo ścieżką antysocjalizmu, toruje się drogę faszyzmowi.

również na aristoskr.wordpress.com


Felieton jest wyrazem opinii autora. Nie prezentuje stanowiska ZR Małopolskie.

Tekst wart skomentowania? Napisz do redakcji!