Czy Polska jest w Europie? Felieton Adama Jaśkowa (267)

Czy Polska jest w Europie? Felieton Adama Jaśkowa (267)

Co takiego robił Donald Tusk w czasie swojej pracy w Brukseli? Jakie pomysły zrealizował w interesie Polski lub całej Unii ? Jaki pożytek był z tej aktywności. Poza jego osobistym przysporzeniem emerytalnym ? Czy była to wyłącznie praca, o której pisał Graeber?

W dzisiejszych mediach klikbajtowych (a innych w zasadzie to już nie ma), funkcjonuje zasada, że jeśli w tytule (leadzie) zadane jest pytanie, to odpowiedź zawarta w tekście jest przecząca. Rzeczywista odpowiedź bliższa jest statusowi związków w mediach społecznościowych i brzmi: to skomplikowane.

Oczywiście weszliśmy do Unii Europejskiej, dzięki uporowi polityków nieistniejącego już SLD i raczej biernemu oporowi pozostałych partii. Społeczeństwo, zwłaszcza ta część aktywna politycznie, była euroentuzjastyczna, politycy jakby mniej. Dzięki właśnie politykom Polska pozostaje formalnie poza strefą Euro, choć cała polska gospodarka w tej strefie oczywiście jest.

Jest kilka powodów tego stanu wszystkie polityczne. Bycie poza strefą pozwala żywić politykom iluzję sprawczości i istotności posiadania własnej waluty emitowanej przez własny bank. Oczywiście, jeśli pominiemy zależność od zagranicznych posiadaczy polskich obligacji i agencji ratingowych, od których realnie zależy cena polskiego długu. Funkcjonowanie złotego jako waluty utrudnia też przeciętnemu obywatelowi porównywanie swoich zarobków i kosztów utrzymania do zarobków i kosztów utrzymania w innych krajach strefy Euro. A przecież cała nasza gospodarka pracuje już w strefie Euro, nie tylko firmy, które są dostawcami dla firm niemieckich, ale również eksporterzy i importerzy. Ceny towarów w Polsce są już od dawna cenami europejskimi. Jedynie płace wielu zatrudnionych polskie, czyli niższe, za to zyski, zwłaszcza największych firm, niekoniecznie polskich, są „polskie” – czyli wyższe niż w krajach Europy. Kto więc zyskuje na braku Euro? Funkcjonujące w Polsce koncerny światowe, nie tylko europejskie oraz po kolei rządzący politycy.

Sporo się ostatnio dzieje w Europie. Trwa przebudowa polityki klimatycznej oraz podejmowane są próby formułowania strategii rozwoju. Tę ostatnią podjął Mario Draghi, autor słynnego raportu o stanie Europy, zaprezentowanego w 2024 roku. Teraz zebrał ekspertów, którzy pod nazwą Grupa Renu mają przygotować rekomendacje dla europejskiej gospodarki. Polscy publicyści i ekonomiści ubolewają, że nie ma w zespole nikogo z Polski, a i sama Polska nie będzie w kręgu zainteresowań.

Warto się zainteresować dlaczego. O pierwszym powodzie już napisałem. Drugi jest również polityczny. Polska od czasu wejścia do UE poza roszczeniami i marudzeniem nic do niej nie wniosła. Cały czas była pasażerem na gapę, domagającym się specjalnego traktowania, bez odrobiny refleksji. Politycy i ekonomiści podkreślają wielki rozwój gospodarczy i fakt, że jesteśmy 6 gospodarką UE. Tyle że stało się to niemal wyłącznie za sprawą akcesji, napływem funduszy europejskich i inwestycji bezpośrednich. Unia dała nam stabilność, środki rozwojowe, których znaczna część została wydana z sensem. Złośliwie można by dodać, że jesteśmy na tak wysokim miejscu, bo z Unii wyszła Wielka Brytania.

Zasługi polskiej klasy politycznej są więc w tej sprawie prawie żadne. Poza jak wcześniej wspominałem politykami nieistniejącej już SLD, nikt nie przyłożył do tego ręki. I warto pamiętać, że Platforma Obywatelska, była raczej łagodnie eurosceptyczna, głosząc hasło jednego z ówczesnych tenorów, Jana Rokity, „Nicea albo śmierć”. I Nicea żyje, i Polska nie umarła, a nawet Rokitę wygrzebano z niebytu i pozwolono głosić swoje prawdy w mediach, co prawda „zerowych”, ale o sporych zasięgach.

Jedyną jak dotąd sensowną propozycję, złożył publicznie prezes Maspexu, największego w Polsce konglomeratu spożywczego, Krzysztof Pawiński. Zaproponował on, by uczynić z ETS wewnętrzny podatek UE, rodzaj wspólnotowej akcyzy, z której dobra eksportowane byłyby zwolnione. Równocześnie na wejściu do wspólnego rynku powinno funkcjonować pełne „cło za energię zawartą w produkcie”– odpowiednik CBAM (unijny mechanizm dostosowywania cen na granicach z uwzględnieniem emisji dwutlenku węgla), ale obejmujący cały import, a nie tylko wybrane surowce (jak jest teraz – znowu na naszą szkodę). Byłby to czytelny i transparentny model podatkowy mówiący: wewnątrz UE wysoko opodatkowujemy konsumowaną szeroko energię, dlatego produkty wchodzące na nasz rynek muszą zapłacić taki sam podatek od energii zawartej w ich wytworzeniu (za Gazetą Wyborczą).

Ciekawi mnie, czy ktokolwiek z polskich polityków, działających w kraju, czy w Parlamencie Europejskim pochyli się nad tym pomysłem. Może prezes Maspexu powinien przesłać go bezpośrednio do Draghiego.

Na koniec podzielę się moimi wątpliwościami. Co takiego robił Donald Tusk w czasie swojej pracy w Brukseli? Jakie pomysły zrealizował w interesie Polski lub całej Unii ? Jaki pożytek był z tej aktywności. Poza jego osobistym przysporzeniem emerytalnym ? Czy była to wyłącznie praca, o której pisał Graeber? Czy ktoś zna odpowiedzi na te pytania?

Również na aristoskr.wordpress.com


Felieton jest wyrazem opinii autora. Nie prezentuje stanowiska ZR Małopolskie.

Tekst wart skomentowania? Napisz do redakcji!