Bycie radnym, a tym bardziej innym politykiem, na pewno nie przygotowuje do zadań stojących przed prezydentem, wójtem, burmistrzem czy starostą, również dlatego, że ustawa o samorządzie terytorialnym znacząco ograniczyła funkcje rad i samych radnych. Oczywiście, to nie jest żadna przeszkoda, by samemu się uczyć, uczyć i jeszcze raz uczyć. Ale nie jest to wymagane, ani nawet niezbędne. Generalnie w naszym pięknym kraju wiedza i doświadczenie od dawna nie są premiowane i cenione. Stąd nie powinno dziwić, że przeciętna wiedzy i kompetencji w kolejnych kadencjach ciał kolegialnych jest coraz niższa.
Każdy element tego przysłowia wymaga namysłu. Bo czy my, mieszkańcy Krakowa, ponieśliśmy szkodę? Rasowy kołcz powiedziałby: być może, ale też dostaliśmy szansę – szansę na nowy, lepszy wybór, nowe, lepsze miasto, nowy, lepszy świat, choć rada (miasta) stara, problemy stare, miasto stare, a i obywatele miasta coraz starsi. Czy mądrzejsi? To nie jest takie pewne.
Pewne jest, że będą nowe wybory, nowe opowieści, legendy, bajki i kłamstwa. Stare i nowe. Do Kochanowskiego wrócę przy poincie, a teraz rzucę coś à la Żeromski, na przykład: jamniki poszły w park. I ratlerki, pudle szare, bure i farbowane. Taka okazja rzadko się zdarza. Można będzie tanio skupić na sobie uwagę i zdobyć lajki. Przemienić problem w farsę.
Nie dziwi już, że w blasku krakowskich lajków chce się ogrzać Marianna Schreiber, tym bardziej że kompetencjami i lotnością umysłu nie ustępuje kandydatowi od Konfederacji Brauna, Michałowi Klimkowi, który chce uczynić Kraków „dochodowym”. Pytanie, dochodowym dla kogo. Druga Konfederacja (albo pierwsza – zależy, jak liczyć) zgłosiła Bartosza Bocheńczaka. Ten z kolei twardo się domaga, żeby Kraków stał się znowu „miastem normalnym, miastem rozsądku i rozwoju, miastem współpracy i miastem, które nie prowadzi wojny z własnymi mieszkańcami”. Jak w PRL-u? Ciekawa koncepcja, ale może być kłopot z realizacją, zwłaszcza dla ludzi z Konfederacji cierpiących na przewlekły i nieuleczalny antypeerelizm. Trochę żałuję, że nie kandyduje też inny szlachetny konfederata, Konrad Berkowicz, któremu na przeszkodzie stanęła patelnia. Może spróbuje sił w jakimś mieście, w którym nie ma Ikei. Na pewno zgłoszą się następni nie mniej osławieni kandydaci. Zlecą się jak muchy do… lepu.
Poziom i pion kandydatów jest na razie bardziej niż żenujący. Ich wiedza o samorządzie, mieście, jego problemach jest mniej niż mikra. Na ich tle odwołany prezydent to niemal prymus, choć przyznam, że to nietrudne, bo takie to tło. Tak się jakoś w Polsce przyjęło, że od kandydatów na prezydentów, wójtów, burmistrzów nie wymaga się ani wiedzy, ani doświadczenia. Wysokie polityczne gremia stosują bardzo obniżone kryteria, niemal takie jak dla kandydatów na posła czy radnego.
Nie zamierzam kandydować, więc mogę bezpiecznie przytoczyć opinię Andrzeja Kuliga, już od pewnego czasu byłego zastępcy Jacka Majchrowskiego. W 2018 roku w wywiadzie dla Onetu Kulig nieoczekiwanie tak podsumował kompetencje radnych (nie tylko tych krakowskich): „z całym szacunkiem dla wszystkich radnych, ale nie każdy nosi buławę prezydencką w tornistrze. Właściwie to nikt z radnych jej nie nosi, choć każdy by chciał”. No, nie wiem, czy każdy by chciał, ale jestem przekonany, że raczej nikt nie nosi. Bycie radnym, a tym bardziej innym politykiem, na pewno nie przygotowuje do zadań stojących przed prezydentem, wójtem, burmistrzem czy starostą, również dlatego, że ustawa o samorządzie terytorialnym znacząco ograniczyła funkcje rad i samych radnych. Oczywiście, to nie jest żadna przeszkoda, by samemu się uczyć, uczyć i jeszcze raz uczyć. Ale nie jest to wymagane, ani nawet niezbędne. Generalnie w naszym pięknym kraju wiedza i doświadczenie od dawna nie są premiowane i cenione. Stąd nie powinno dziwić, że przeciętna wiedzy i kompetencji w kolejnych kadencjach ciał kolegialnych jest coraz niższa.
I tak w wyborach do władz samorządowych startuje coraz więcej osób o coraz niższym poziomie wiedzy i przygotowania. A immanentną cechą demokracji jest to, że wybiera się spośród kandydujących. W przeciwieństwie do konkursów na różne stanowiska (które zresztą też od dawna są dalekie od ideału) nie da się tu ogłosić: sorry, nikt z kandydatów się nie nadaje, rozpoczynamy procedurę od zera. Ktoś w wyborach wygrywa i potem rządzi, jak umie albo jak nie umie.
Na co więc proponuję szanownym wyborcom zwracać uwagę u potencjalnych kandydatów? Na doświadczanie w kierowaniu czymkolwiek poza samochodem i rowerem. Na obycie w administracji samorządowej, najlepiej na stanowisku zastępcy wójta, burmistrza, prezydenta. Na znajomość specyfiki samorządu terytorialnego. Rzecz jasna, nawet spełnienie tych wymogów nie gwarantuje, że kandydat zda egzamin z rządzenia. Jeśli ktoś obiecuje niskie podatki i wysoki standard usług, to albo kłamie, albo nie ma o niczym pojęcia. Albo oczywiście jedno i drugie.
I na zakończenie obiecana cytata z Mistrza z Czarnolasu („Pieśni o spustoszeniu Podola”): „Nową przypowieść Polak sobie kupi, że i przed szkodą, i po szkodzie głupi”. Summer is coming. Wybory nadchodzą…
Również na aristoskr.wordpress.com
Felieton jest wyrazem opinii autora. Nie prezentuje stanowiska ZR Małopolskie.