Toyota Hilux z granatnikiem na pace powoli przemierzała bezdroża linii frontu. Potężnymi kołami mieliła nieprzejezdny dla większości samochodów teren. Był środek nocy, ale dość jasnej, księżycowej, zakłócanej jedynie muzyką owadów rozkoszujących się latem z niemal tropikalnymi nocami. Siedzący w samochodzie żołnierze w ciężkich kamizelkach kuloodpornych szóstego poziomu i w kevlarowych hełmach spływali potem. Nie rozmawiali. Oleksandr prowadził, a reszta nasłuchiwała i wypatrywała największego zagrożenia: dronów. Na razie panowała cisza i można było sądzić, że ta rotacja składu na nullu zakończy się bez przygód.
Bez przygód jednak nigdy się nie kończy. Złowrogie mechaniczne trutnie powiązane z operatorami cienką nitką światłowodu są wszędzie. Należy też spodziewać się sterowanych zdalnie chińskich Mavicków, tzw. skidów, gotowych zrzucić śmiercionośny granat.
Coś zabrzęczało na wysokiej częstotliwości. To był właśnie Mavic, szukał swojej ofiary. Na dachu samochodu pracował REB, który zakłóca sterowanie dronem, dlatego Mavic nie mógł dotrzeć ze śmiercionośnym ładunkiem nad sam dach Toyoty. Jego obecność jednak wskazywała, że zaraz pojawią się światłowodowi towarzysze, odporni na zakłócenia REB.
I pojawili się. Pierwszy naleciał od przodu. Sasza zdołał wyhamować, tak że dron wybuchł przed maską Toyoty. Można było jechać dalej, ale głuche uderzenia odłamków nie wróżyły nic dobrego. Z tyłu drugi dron w nurkowym locie pędził prosto na dach samochodu. Na szczęście Toyotę ochraniała od góry siatka antydronowa i truteń eksplodował na niej, siejąc odłamkami. Podobny los spotkał następnego drona. Mocno pokiereszowana Toyota brnęła naprzód, jednak po dwóch kilometrach z silnika wydobył się gęsty dym. Było już po aucie. Nieco ogłuszeni żołnierze sprawnie opuścili pojazd mimo obciążenia.
Oleksandr odbiegł kilka metrów i schował się w krzakach. Mavic krążył niezakłócany już przez uszkodzony REB, ale jego kamery termowizyjne nie dostrzegły ukrytych żołnierzy. Kolejny dron uderzył w samochód. Jeden z odłamków zranił Saszę w palec u nogi. Po chwili zrobiło się cicho i żołnierze wolniutko wyczołgali się z ukrycia. Ruszyli w drogę.
Po jakimś czasie natknęli się na inny wojskowy samochód, który podwiózł ich na stację benzynową kilkanaście kilometrów dalej (tak, w takim oddaleniu od frontu można znaleźć działające stacje benzynowe – to jeden z paradoksów ukraińskiej wojny). Na stacji żołnierze zaczęli się sobie przyglądać. Palec bolał, ale poza tym wszystko wydawało się w porządku i Sasza odmówił sporządzenia notatki o zranieniu. Następnego dnia, kiedy już byli w swojej jednostce, palec spuchł straszliwie, ale i to przeszło. Dla starszego sierżanta Oleksandra ta noc nie różniła się znacznie od innych nocy. Wypełnił zadanie. Jego żołnierze wrócili cało. Czekała teraz na niego znienawidzona papierkowa robota.
Upływa piąty rok wojny. Sasza trzy razy wychodził z okrążenia. Większości jego wojennych kolegów już nie ma, ale on woli null od papierowej roboty. Przywykł. Gdy jednak odbierał od nas samochód we Lwowie, długo pił kawę, aby przedłużyć chwilę wytchnienia w innej rzeczywistości. Nękany bombardowaniami Lwów wydawał się rajem.
Od naszej pomocy zależy powrót ukraińskich żołnierzy do domu. Zbieramy fundusze na samochody i inne pojazdy potrzebne na froncie. Prosimy o wsparcie. Wpłacajcie, proszę, na konto Fundacji na rzecz Kongresu Katoliczek i Katolików, z dopiskiem „Ukraina”, lub na konto Fundacji Tarcza dla Ukrainy, z dopiskiem „pojazdy”.
| Wesprzyj Ukrainę poprzez Fundację na rzecz Kongresu Katoliczek i Katolików (wpłaty z dopiskiem „Ukraina”) | ![]() |
![]() |
Wspieramy walczących w Ukrainie |
![]() |
Felieton jest wyrazem opinii autora. Nie prezentuje stanowiska ZR Małopolskie.


