Przygotowywaliśmy się do naszej następnej wyprawy do Ukrainy. Przypadała w szczególnym czasie, gdy polscy i ukraińscy politycy z zapałem rujnowali dobre stosunki polsko-ukraińskie. Dzięki ludzkiej hojności udało się nam kupić samochód terenowy i przyczepę kempingową, przeznaczone dla różnych jednostek armii ukraińskiej – przyczepę jako substytut domu dla żołnierzy, a terenówkę jako środek transportu nieodzowny w głębokim błocie wschodniej Ukrainy.
Planowaliśmy wyruszyć następnego dnia, a tymczasem czekaliśmy w agencji celnej DJT, na którą zawsze możemy liczyć – czekaliśmy długo, bo polskie młyny celne mielą powoli. Przyszło mi wtedy do głowy, że warto by sprawdzić, co w naszym dwudziestoletnim Range Roverze oznacza wyglądająca dla mnie niewinnie informacja „air suspension inactive”. Samochód pracował równo, więc pomyślałem, że pewnie wystarczy nacisnąć guzik i już „inactive” zmieni się w „active”.
Dzięki naszym niespiesznym służbom celnym miałem sporo czasu, więc zapytałem Internet. Odpowiedź była przerażająca: należy podjechać powoli do najbliższego warsztatu. Cały spłynąłem potem, nie tylko z powodu upału. Żołnierze już ruszyli do Lwowa po samochód. Co robić? Pomodliłem się do św. Rity, patronki spraw beznadziejnych, ale zadzwoniłem też do dziennikarza Bożydara Pająka, szefa naszej fundacji Tarcza dla Ukrainy. Bożydar skontaktował się z warsztatem British Garage w Wieliczce i tam nas skierowano.
Jechałem do Wieliczki z duszą na ramieniu, zastanawiając się gorączkowo, skąd weźmiemy pieniądze na naprawę zawieszenia Range Rovera. W warsztacie Piotra Wolskiego już na nas czekano („do skutku”, jak usłyszeliśmy wcześniej) i przyjęto nas bardzo życzliwie. Diagnoza brzmiała: wysiadł kompresor. I wtedy zdarzył się cud. Powiedziano nam, że ponieważ chodzi o wsparcie walczącej Ukrainy, o wsparcie żołnierzy, naprawa samochodu będzie darmowa, bo ekipa warsztatu nie chce płynąć w nurcie polityków szerzących nienawiść. Pracowali tam wszyscy i zrobili o wiele więcej niż tylko wymiana kompresora. Dostaliśmy nowe opony terenowe, cały bagażnik części zamiennych oraz obietnicę, że w każdej chwili będą gotowi wspomóc naszych żołnierzy, gdyby coś się z samochodem działo. Nie mogłem powstrzymać łez. Ta pomoc miała ogromną wartość, nie tylko materialną.
Dzień cudów jednak jeszcze się nie skończył. Ksiądz Jan z Bibic – z którym nieraz prowadzimy gorące dyskusje o polityce i historii – przyjechał z całym bagażnikiem środków higieny dla domu pomocy społecznej w Krzemieńcu: z darem ratującym godność osób starszych mocno doświadczonych przez wojnę. Kupił to wszystko za własne pieniądze. W ostatnich sporach dotyczących Ukrainy zajmowaliśmy różne pozycje, ale ksiądz Jan wie, że w ostatecznym rozrachunku liczy się człowiek w potrzebie.
Jesteśmy już w Ukrainie. Czuję głęboką wdzięczność wobec tych wszystkich, którzy nie dają się ponieść nakręcanym przez polityków emocjom i dalej wspierają to, co ważne, dalej pomagają ludziom w największej potrzebie egzystencjalnej. I trzeba też chyba podziękować św. Ricie, patronce spraw beznadziejnych. Jest naprawdę niezawodna.
PS Wspomnieć muszę też o Grześku Maliku, szefie OSP z Konar, który w ten trudny dzień mimo własnej pracy jeździł z naszą przyczepą kempingową, bo my nie mamy takich uprawnień. I o Michale Kulikowskim, legendarnym Ryżym, szefie krakowskiego LOK i guru strzelectwa sportowego, który wybrał się z nami do Ukrainy. Bez nich nic by się nie udało.
| Wesprzyj Ukrainę poprzez Fundację na rzecz Kongresu Katoliczek i Katolików (wpłaty z dopiskiem „Ukraina”) | ![]() |
![]() |
Wspieramy walczących w Ukrainie |
Felieton jest wyrazem opinii autora. Nie prezentuje stanowiska ZR Małopolskie.

