W przededniu rocznicy wołyńskiej. Felieton Fryderyka Zolla (572)

W przededniu rocznicy wołyńskiej. Felieton Fryderyka Zolla (572)

Rocznica eskalacji mordów, które miały miejsce na Wołyniu w 1943 roku, budzi tym razem szczególne obawy. Między Polską a Ukrainą wybuchł spór o jeden z najbardziej dramatycznych wycinków naszej wspólnej historii, a podsycają go politycy hołdujący zasadzie, że po najbliższych wygranych wyborach choćby i potop.

To, że do takiego konfliktu kiedyś dojdzie, było pewne. Dwa narody kierujące się bardziej emocjami niż rozumem są szczególnie podatne na propagandę moskiewską, a ta bezlitośnie wykorzystuje sytuację, gdy emocje zaczynają przesłaniać podstawowe egzystencjalne interesy. Przeciwko amatorskim harcownikom internetu z Polski i Ukrainy występują przy tym profesjonaliści z propagandowej służby zwycięstwa Moskwy.

Wśród tej całej histerii i bohaterskich bojów, jakie polscy zwolennicy jednorodnych etnicznie społeczeństw toczą z „ideologią banderyzmu” – czyli ideologią, której aksjologiczny punkt wyjścia podzielają – ucieka nam to, czym rzeź wołyńska w istocie była i co z niej wynika dla kondycji ludzkiej.

Spór ogniskuje się obecnie wokół licytacji, która strona poniosła więcej ofiar, a jednocześnie obie strony szukają usprawiedliwień dla własnych działań. W ten sposób ciąg wydarzeń, z którego moglibyśmy czegoś się nauczyć jako ludzie, staje się tylko pretekstem do szerzenia nienawiści, przy czym linia frontu ma być wyznaczana przez granice etniczne czy narodowe.

Jeśli prowadzimy dialog o Wołyniu (inna sprawa, czy właściwą rzeczą jest prowadzić taki dialog z osobami, dla których brutalna śmierć to nie opowieść z przeszłości, ale przerażająco aktualne doświadczenie każdego dnia i każdej nocy), byłoby słusznie, gdybyśmy z tamtych wydarzeń, a także z wydarzeń poprzedzających i następnych, postarali się wyciągnąć wnioski ogólnoludzkie. Traktowanie Wołynia jako miejsca eskalacji konfliktu polsko-ukraińskiego redukuje problem tak, że wymusza niekończącą się kontynuację sporu. Nigdy też nie znajdziemy rozwiązania, bo politycy zawsze będą w tej strasznej historii szukać politycznego złota – choć może wreszcie Moskale sprawią, że zawrzemy pokój przy stoliku w syberyjskim łagrze, o ile wcześniej nie skończymy naszej wspólnej drogi w jakimś moskiewskim dole.

Z doświadczenia Wołynia możemy wyciągnąć sensowne wnioski na przyszłość tylko pod warunkiem, że zdobędziemy się na ponadnarodowe uogólnienie. Przyczyny zbrodni wołyńskiej były wielorakie. Na pewno zawiniła polityka państwa skierowana przeciwko mniejszościom, dążąca do zmian składu etnicznego poszczególnych obszarów. Bezpośrednią przyczyną było marzenie o państwie czystym etnicznie. Ludzie tacy jak Kłym Sawur nienawidzili wieloetnicznego tygla narodów typowego dla Europy Środkowej. Dla nich wrogiem był nie tylko Polak, ale każdy, kto tego rodzaju wizji nie podzielał.

Zbyt łatwo określa się jednoznacznie zarówno narodowość sprawców rzezi, jak i ofiar, a przecież cechą charakterystyczną tych terenów była wielokulturowość. Mieszkali tam Ukraińcy, Polacy, Niemcy, Czesi, Węgrzy, Rosjanie oraz tutejsi, czyli osoby bez wyraźnej identyfikacji narodowościowej. Ludzie ci należeli do różnych religii i konfesji, a wynikające stad konflikty były nie mniej silne niż konflikty ściśle narodowościowe. Żyła tam ogromna liczba rodzin mieszanych. Kwestia, czy ktoś jest Ukraińcem czy Polakiem, była wśród tych wszystkich obywateli II Rzeczypospolitej często umowna. Mychaiło Kołodziński, skrajny ukraiński nacjonalista propagujący ideę czystek etnicznych (który, jako że zginął, broniąc Rusi Karpackiej przed Węgrami w 1939 roku, z samym Wołyniem nie miał wiele wspólnego), był synem Polaka. Mieszkańcy Zakarpacia o mieszkańcach zachodniej Ukrainy mówili „Polacy”, utożsamiając to pojęcie z wieloetniczną mieszanką regionu.

Celem działania nacjonalistów odpowiedzialnych za politykę II Rzeczypospolitej, jak i nacjonalistów ukraińskich było zniszczenie tej wieloetniczności. Rzeź wołyńska jest ogólnoludzkim doświadczeniem, które uświadamia, co się dzieje, gdy politycy zamarzą sobie o zastąpieniu społeczeństwa wielonarodowego i wielokulturowego konstruktem czystości etnicznej. To historia o tym, jak łatwo jest, realizując polityczne cele motywowane nacjonalistyczną utopią, wzbudzić nienawiść i skłonić ludzi do zabijania sąsiadów. Jeśli ktoś próbuje ograniczyć to doświadczenie do przeciwstawiania „złych Ukraińców” „dobrym Polakom”, zabezpiecza jedynie swoją strefę komfortu na zasadzie „my jesteśmy niewinni, a winni są tamci”. Traci się w ten sposób okazję do zrozumienia, że rezultatem wywołanej nienawiści może być katastrofa, której skutki ponoszą – wciąż ponosimy – wszyscy.

Ogólnoludzki punkt widzenia na zbrodnię wołyńską mógłby nas doprowadzić do bardzo niewygodnych wniosków. Po stronie sprawców mordów wołyńskich stają ci, którzy nienawidzą innych. Tak po prostu. Po stronie sprawców staje internetowy hejter, który atakuje każdego, kto jest inny niż on sam albo kto nie chce, jak on, nienawidzić. Po stronie sprawców są bojówkarze, którzy krążą po dworcach kolejowych w poszukiwaniu obcych. Są tam ci, którym nie mieści się w głowie, że można żyć w wielokulturowym i wielonarodowym społeczeństwie opartym na wzajemnym szacunku.

Zbrodnia wołyńska była zbrodnią przeciwko ludzkości dokonaną z motywów, które występują w każdym społeczeństwie, a po części w każdym w nas. Cześć pamięci ofiar Wołynia oddamy tylko wtedy, gdy sobie to uświadomimy i zaczniemy zwalczać tego rodzaju nienawiść. Najlepiej zaczynając od nas samych.


Wesprzyj Ukrainę poprzez Fundację na rzecz Kongresu Katoliczek i Katolików (wpłaty z dopiskiem „Ukraina”)

Wspieramy walczących w Ukrainie

Felieton jest wyrazem opinii autora. Nie prezentuje stanowiska ZR Małopolskie.

Tekst wart skomentowania? Napisz do redakcji!