Bomba w górę. Felieton Adama Jaśkowa (265)

Bomba w górę. Felieton Adama Jaśkowa (265)

Rzeczywistość skrzeczy, ale nikt jej nie słucha. Mam takie wrażenie, że kandydatom na kandydatów na prezydenta bardziej chodzi o wzięcie baru niż odpowiedzialności za miasto.

Sąd apelacyjny zaskoczył krakowskich polityków z aspiracjami, a nawet z wirtualnymi prezydenckimi łańcuchami w plecakach i torebkach. Premier też zaskoczył i bomba poszła w górę. Co prawda, mimo szeregu prób podejmowanych przez prezydenta Majchrowskiego końskie gonitwy nie zadomowiły się w Krakowie i bomby idą w górę tylko na warszawskim Służewcu, premier jednak osobiście uruchomił Wielką Krakowską. W starym czeskim dowcipie ślepy koń zapytany, czy wziąłby udział w Wielkiej Pardubickiej, odpowiedział szczerze: „Nie widzę przeszkód”. Kraków nie Pardubice, kandydaci i kandydatki nie konie, ale reszta chyba się zgadza.

Decyzji o terminie wyborów nie było przez prawie dwa miesiące, mimo to leniwie toczyła się jakby kampania jakby kandydatów. Jakby kandydaci prezentowali swoje nieśmiałe pomysły, a cześć nawet oklejała miasto swoimi podobiznami. Z jednej strony to ma sens, bo dzięki temu część mieszkańców dowiedziała się o ich istnieniu, z drugiej ciekawe – przynajmniej dla mnie – skąd ci ludzie mieli na to pieniądze i jak się rozliczą.

Pierwsze sondaże badały tych kryptokandydatów i podawały kryptowyniki, kwestionowane niemal przez wszystkich. Teraz gdy osoby te zarejestrują komitety wyborcze, zbiorą podpisy i oficjalnie zgłoszą swoje kandydatury, będą mogły się przeglądnąć w lustrze oficjalnych sondaży. Ciekawe, jak kryptokampania wpłynęła na postrzeganie.

Nastąpiła jednak wyraźna zmiana akcentów. Strefa Czystego Transportu niemal zniknęła – to znaczy, oczywiście jest, ale nikt się nią nie zajmuje. Dla zmotoryzowanych mieszkańców Krakowa nie ma ona żadnego znaczenia, bo nie przyniosła im żadnych ograniczeń. A ci, których ograniczyła, nie mają prawa głosu, przynajmniej w Krakowie. Czyli zniknął podstawowy, a przynajmniej oficjalny powód referendum.

W internecie i szczątkowych mediach lokalnych zagrzmiało na temat wynagrodzeń zarządów spółek miejskich. Temat skądinąd ciekawy, ujawnia jednak kompletną ignorancję wszystkich go poruszających, od „Gazety Wyborczej” po Dorotę Niedzielę, wicemarszałkinię Sejmu i jednocześnie zarządzającą małopolską organizacją KO, której struktury Donald Tusk wcześniej rozwiązał.

„W sumie na wypłatę premii dla prezesów i wiceprezesów miejskich spółek w ubiegłym roku z budżetu miasta przeznaczono 3 miliony złotych”. Ta cytata z krakowskiej „Gazety Wyborczej” to oczywista nieprawda. Spółki komunalne są podmiotami prawa handlowego i ich akcje (udziały), mimo że należą do gminy (miasta), nie są częścią budżetu. Do budżetu są jedynie wliczane dochody z tytułu wypłaconych właścicielowi (miastu) dywidend, które to oczywiście podlegają opodatkowaniu. Krakowski Holding Komunalny grupujący znaczną część spółek komunalnych Krakowa wypłacił w 2025 roku właśnie z tytułu dywidendy 25 milionów złotych i ta kwota stała się częścią budżetu miasta Krakowa. Wynagrodzenia zarządów spółek nie są wypłacane z budżetu miasta, a ze środków tychże właśnie spółek. Zawieszenie – w ramach paniki referendalnej – wypłacania zarządom wygrodzenia dodatkowego, przewidzianego kontraktem, było złamaniem umowy o zarządzanie.

Było to takim samym prymitywnym pseudopopulizmem jak obniżenie pensji posłów i samorządowców przez Jarosława Kaczyńskiego za rządów Beaty Szydło. Gdyby jednak porównać wypłaty dla zarządów z budżetem miasta np. za rok 2025, okazuje się, że dyskutujemy o niespełna 0,03% wydatków miasta. Co ciekawe, zamiar wydatkowania prawie 200 milionów złotych na dokumentację przedprojektową metra, na które nikt nie da pieniędzy, nie wzbudził żadnej publicznej dyskusji. A wygląda to przecież na działanie na szkodę miasta.

Problem, którego jednak nikt nie poruszył, jest inny. Czy zarządy spółek komunalnych powinny otrzymywać wynagrodzenia na podstawie kontraktów (umów o zarządzanie)? Czy taka forma w ogóle powinna funkcjonować w sferze publicznej? Po aferach z zarobkami lekarzy pojawiły się pytania o zasadność takiego sposobu zatrudniania. Problem jest o wiele poważniejszy, bo dotyka całej sfery publicznej.

Internet rozpala też kwestia pełnomocników prezydenta miasta Krakowa. Faktycznie jest ich wielu i pytanie o zasadność ich powoływania jest istotne. Znowu jednak dyskutujemy tu o drobiazgach, bo roczny koszt utrzymania pełnomocników oszacowano na nieco ponad 2 miliony złotych. Obciążenie budżetu miasta, tym razem realne, jest więc jeszcze niższe niż w porównaniu z premiami zarządów spółek.

Inne pytanie, które uporczywie nie pojawia się w kontekście krakowskich wyborów (choć miasto ma pełnomocnika ds. zmian klimatu), a może powinno się pojawić, dotyczy wody. A w zasadzie jej braku. Na razie wszystkim się wydaje, że susza jest daleko od Krakowa. W Ujściu Gorlickim, gdzie wysycha Jezioro Klimkowskie, w Mszanie Dolnej, gdzie mamy racjonowanie, w Jaworznie, gdzie z Polskich Malediwów został tylko piach i puste pomosty.

W szczątkowych wypowiedziach kandydatów na kandydatów dominują komunały i mało istotne drobiazgi. Tymczasem rząd pracuje nad nową strategią dla ciepłownictwa, ceny energii cieplnej dla mieszkańców Krakowa przebiły granicę wyznaczoną dla bonu ciepłowniczego, a mieszkańcy Nowej Huty, tej zabytkowej, nie są w stanie wykonać termomodernizacji swoich budynków, bo mieszkają w zabytkach.

Rzeczywistość skrzeczy, ale nikt jej nie słucha. Mam takie wrażenie, że kandydatom na kandydatów na prezydenta bardziej chodzi o wzięcie baru niż odpowiedzialności za miasto.

Również na aristoskr.wordpress.com


Felieton jest wyrazem opinii autora. Nie prezentuje stanowiska ZR Małopolskie.

Tekst wart skomentowania? Napisz do redakcji!