Wielu Polaków dowiaduje się z końcem kwietnia, że stali się bogaci (albo prawie). A przynajmniej stali się na tyle bogaci, że przekroczyli magiczną linię progu podatkowego.
Linia ta została nakreślona twardą ręką premiera Morawieckiego w roku 2022. Skumulowana inflacja za lata 2022–2025 wyniosła około 40%. Wzrost przeciętnego wynagrodzenia za te lata też, o dziwo, wyniósł 40%. Realne płace pozostały więc na tym samym poziomie, nominalnie jednak wielu obywateli całkiem przeciętnych w roku 2022 dowiedziało się nagle w roku 2026, że są bogaczami. No, może nie całkiem bogaczami, ale prawie, i w rezultacie trafili do… Trudno powiedzieć do czego, chyba że był to urząd podatkowy. Tam trafili na pewno.
W roku 2022, żeby przekroczyć ów próg, trzeba było mieć przychody niemal na poziomie dwukrotności przeciętnego wynagrodzenia. W 2025 wystarczyło do tego zaledwie 130%. Za to osoby prowadzące działalność gospodarczą, a w szczególności zarządzające spółkami, w tym spółkami publicznymi i państwowymi, nie muszą się progiem przejmować. Co prawda, nie mogą się rozliczyć ze współmałżonkiem, jeśli go mają, ale ich współmałżonek zwykle uzyskuje niewiele mniejsze przychody albo też jest na liniowym.
Stabilnie jak marmur trzyma się również kwota tzw. zryczałtowanych kosztów pozyskania przychodu: jest to nadal – od 2022 roku – 3000 zł rocznie. A biorąc pod uwagę inflację, pieniądze te są oczywiście warte 40% mniej.
Czy moim zamiarem jest namawianie do podnoszenia progu podatkowego? Niech mnie przenajświętszy premier i wszyscy ministrowie, z ministrem finansów na czele, bronią! Chciałem tylko uwydatnić absurdalność naszego systemu.
W zasadzie każda zmiana czyni system podatkowy w Polsce bardziej absurdalnym. Jedno się nie zmienia: najbogatsi nie płacą podatków, a dzięki wprowadzeniu tzw. fundacji rodzinnej omija ich nawet opodatkowanie spadków i darowizn. W Polsce najbogatsi mogą naprawdę żyć albo umierać, robić, co zechcą, a i tak podatku nie zapłacą. Taki raj. Podatkowy. Dla wybranych. Po prostu pogoda dla bogaczy przez okrągły rok.
W całej tej paranoi jest okazja, żeby coś zmienić od przyszłego roku. Nie, nie progi. Procenty. Zamiast podnosić próg, można obniżyć procenty. Ustalić, że po przekroczeniu progu (nadal 120 000 zł) podatek będzie wynosił nie 32%, a 25% (od nadwyżki). Oczywiście, musi być też korzyść dla fiskusa, czyli pieniądze na zdrowie i edukację na ten przykład. Czyli kolejny próg, np. 150 000 zł, po którego przekroczeniu nadwyżka byłaby opodatkowana stawką 35%, a od 200 000 zł – 45%. Mielibyśmy bardzo ładną progresję, choć z dziwnymi stawkami początkowymi. Można by ją uzupełnić obniżeniem pierwszej stawki z 12 na 10% oraz wprowadzić stawkę pośrednią 15% dla dochodów pomiędzy 90 000 a 120 000 zł.
Pisząc to, aż się rozczuliłem. Musiałem się uszczypnąć, żeby sprawdzić, czy nie śnię, choć pewnie i tak śnię na jawie. Życie jest przecież snem, chociaż bywa też koszmarem. Gdybyż premier w swej łaskawości dostrzegł taki pomysł, a prezydent raczył się pod nim podpisać… No, ale koniec marzeń, jak w starej już piosence zespołu Crowded House.
Również na aristoskr.wordpress.com
Felieton jest wyrazem opinii autora. Nie prezentuje stanowiska ZR Małopolskie.