Rzeczpospolita Krakowska. Felieton Adama Jaśkowa (246)

Rzeczpospolita Krakowska. Felieton Adama Jaśkowa (246)

Aleksander Miszalski sam zgłosił swoją kandydaturę na prezydenta miasta, sam ją przeforsował, sam ustalił swój gabinet z dyrektorami (całkiem nowymi) departamentów. Sam też prowadzi swoją politykę. Nie będzie więc zaskoczeniem, jeśli w obliczu referendum na placu boju zostanie sam.

Kraków to stan umysłu. A raczej umysłów. Stołeczne Królewskie Miasto, które od dawna nie jest ani stołeczne, ani królewskie. Nie wnosi wielu myśli do ogólnopolskiego myślenia, nie liczy się też w polityce centralnej. Wiadomo to już od dawna: pochodzący z Krakowa poprzedni prezydent Andrzej Duda nie wniósł do ogólnopolskiej polityki niczego, może poza jednym instruktorem narciarstwa. Ostatnim ważnym politykiem stąd był niedoszły „premier z Krakowa”, Jan Rokita, zupełnie niesłusznie nazywany Marią.

Gwoli sprawiedliwości, trzeba docenić rolę Andrzeja Adamczyka, byłego ministra infrastruktury w rządzie PiS. O jego zasługach dla kraju można wprawdzie dyskutować, zasługi dla Krakowa są jednak nie do przecenienia. Dzięki niemu udało się przez ostatnie lata zrealizować w Krakowie tyle inwestycji infrastrukturalnych, ile obiecywano przez prawie trzydzieści lat. Niektórych wciąż jeszcze nie ukończono, choćby północnej obwodnicy, ale można wątpić, czy za innego ministra zostałyby w ogóle rozpoczęte. Oczywiście, odbyło się to również dzięki współpracy prezydenta Jacka Majchrowskiego, który był gotów współpracować z każdym, co prowadziło czasem do problemów i stało się też jego słabością. Jak każde wielkie miasto, Kraków jest w dużym stopniu zależny od władzy centralnej i z perspektywy lat można powiedzieć, że najbardziej po macoszemu był traktowany w czasach rządów PO. Robił wtedy za Kopciuszka, tylko nie miał dobrej wróżki. Ewidentnie dobrą wróżką stał się dla miasta minister Adamczyk.

Czasy i władza się zmieniły diametralnie. W Warszawie (i w Polsce) rządzi PO/KO i premier Tusk. W Krakowie też rządzi PO i prezydent Miszalski. Można by przypuszczać, że sytuacja jest niemal idealna – tyle że Tusk nigdy Krakowa nie lubił, na nartach nie jeździł, wolał zawsze piłkę nożną i Lechię Gdańsk. Tę ostatnią chyba bez wzajemności, mimo że Gdańsk dostał od niego wszystko, co chciał, łącznie z Areną Gdańsk i mistrzostwami Europy w piłce nożnej. Na meczach ligowych jednak Tusk nie bywa. A najdroższej zaraz po warszawskim „Koszyku Narodowym” Areny Gdańsk (prawie 900 milionów zł) widzowie nie zapełniają nawet w połowie.

Ale wracajmy znad morza na dalekie polskie południe (bez widoków na morze). Trwa zbieranie podpisów pod wnioskiem o referendum w sprawie odwołania prezydenta i Rady Miasta Krakowa. Wnioskodawcy wybrali nieco niefortunny termin, zapewne nie śledzili prognoz pogodowych lub bez reszty zaufali globalnemu ociepleniu. A przecież i przed epoką globalnego ocieplenia pogoda bywała kapryśna. Chociaż mróz w lutym ostatnio nie występował, to przecież ongiś był raczej normą niż ewenementem. Gdyby mnie ktoś zapytał o zdanie, sugerowałbym rozpoczęcie akcji zbierania podpisów nie wcześniej niż 21 marca albo jeszcze lepiej 2 kwietnia.

Organizatorzy referendum jako główny powód swojej inicjatywy najwyraźniej wskazują powołanie Strefy Czystego Transportu. Tyle że strefa została wprowadzona przez poprzednią radę i prezydenta na podstawie ustawy przyjętej przez Sejm zdominowany przez PiS oraz uchwały Sejmiku Małopolskiego rządzonego przez PiS. W dodatku aktualna rada na wniosek prezydenta Miszalskiego tak zmieniła przepisy, że w zasadzie nie dotykają one w żaden sposób mieszkańców Krakowa. Krakowianie mogą nadal jeździć, czym chcą, do śmierci własnej lub technicznej pojazdu. O ile więc można zrozumieć protesty mieszkańców sąsiednich gmin, którzy będą musieli płacić za wjazd do SCT w okresie przejściowym samochodami niespełniającymi ustalonych norm, a potem nie wjadą w ogóle, o tyle pretensje mieszkańców Krakowa wyglądają na bezzasadne – chyba że do referendum nawołują ci z nich, którzy są za zaostrzeniem przepisów również w stosunku do siebie.

Drugim powodem inicjatywy referendalnej ma być zadłużenie Krakowa. Tu też nasuwają się wątpliwości. Po pierwsze, zadłużenie nie jest efektem działalności prezydenta Miszalskiego, ale skumulowanym długiem odziedziczonym po poprzedniku. Dług powstał z wielu przyczyn. Jedną z nich, owszem, była kumulacja inwestycji, ale drugą, nie mniej ważną, skutki zmian w finansowaniu samorządów wprowadzone przez PiS. Na zmianach tych straciły duże miasta, a Kraków niemal najwięcej. Prezydent Majchrowski szacował, że tylko w jednym roku miastu przepadło 500 milionów przychodu, z czego zrekompensowana miała być zaledwie połowa. Trzecim źródłem zadłużenia jest zakup nieruchomości obszaru Wesołej od Szpitala Uniwersyteckiego. Miasto wyłożyło pond 280 milionów zł w dziesięciu ratach za coś, na co nie ma pomysłu ani pieniędzy na rewitalizację. Transakcję zrealizowano w 2019 roku i do dziś w zasadzie niewiele się zmieniło. Na Wesołej obecne są tylko instytucje publiczne, na ogół miejskie, a większość obiektów i terenów stoi pusta. Zakup popierały wszystkie opcje polityczne obecne wtedy w radzie miasta i niejako przymusiły Jacka Majchrowskiego do finalizacji zakupu. Owszem, Aleksander Miszalski jako ówczesny radny też opowiedział się za tym pomysłem. Ale to tyle jego zasług dla powstania krakowskiego zadłużenia.

Akcja referendalna oparta jest więc na intencjonalnie fałszywych założeniach. Zebranie wymaganych niespełna 60 tysięcy podpisów może się jednak udać, nawet zimą. Pytanie, co będzie dalej.

Rządząca koalicja, której Miszalski jest przedstawicielem, nie wysyła sygnałów, że będzie twardo trwać przy prezydencie. Podobno nawet macierzysta KO nie kwapi się z obroną, a zamiast tego snuje scenariusze na wypadek sukcesu referendum, czyli odwołania prezydenta i rady. Sieroty po Trzeciej Drodze, czyli (nowa) Polska 2050 i PSL, mają jeszcze mniej powodów do obrony Miszalskiego. PSL w zasadzie przestało istnieć w samym mieście, dostaje też sygnały niezadowolenia z gmin ościennych, faktycznie poszkodowanych zapisami SCT. Polska 2050 nie ma wpływu na politykę miejską, a na stanie ma ambitne jednostki. Jeśli chodzi o najgorzej chyba potraktowaną przez ekipę Miszalskiego Nową Lewicę, jej wspieranie prezydenta zapewne zakończyło na publicznej deklaracji potępiającej referendum. W zaciszu gabinetów Lewica przygotowuje się na różne scenariusze zakładające skuteczne odwołanie prezydenta i rady miasta. Rozważana jest nawet podobno wspólna lista samorządowa z Razem.

Najbardziej winny jest tu chyba Aleksander Miszalski. Sam zgłosił swoją kandydaturę na prezydenta miasta, sam ją przeforsował, sam ustalił swój gabinet z dyrektorami (całkiem nowymi) departamentów. Sam też prowadzi swoją politykę. Nie będzie więc zaskoczeniem, jeśli w obliczu referendum na placu boju zostanie sam. W dodatku nie zaprezentował żadnego pomysłu na funkcjonowanie miasta, które musi się zmierzyć z presją zmian na rynku pracy, a w dalszej perspektywie, choć już coraz bliższej, z powolnym spadkiem liczby mieszkańców. Co gorsza, inne siły polityczne również takich koncepcji nie przedstawiły i nic nie wskazuje, że nad nimi pracują.

Również na aristoskr.wordpress.com


Felieton jest wyrazem opinii autora. Nie prezentuje stanowiska ZR Małopolskie.

Tekst wart skomentowania? Napisz do redakcji!