. Felieton Adama Jaśkowa (273)

. Felieton Adama Jaśkowa (273)

Działa oczywiście prawo nagłówków Betteridge’a-Marra. Jeśli w tytule pada pytanie, to bez dalszego czytania możemy być pewni, że odpowiedź brzmi „nie”, a sam tekst nie jest specjalnie istotny.

Cory Doctorow wydaje się kontynuować trend rozpoczęty przez Davida Graebera, rozszerzając fekalne nazewnictwo na kolejną część współczesnej gospodarki. Obaj panowie stosują adekwatne określenia, najlepiej opisujące rzeczywistość. W naszym polskim grajdole trudno nie dołożyć – że tak powiem – do kupy jeszcze jednej części: mediów.

W PRL-u istniał wyraźny podział na media partyjne różnej wagi: od „Trybuny Ludu” po prasę lokalną. Każdy tytuł miał swoje zadania, z tym że im dalej od centrali, tym nieco większa panowała swoboda. Ważne było nie tylko to, o czym pisano i w jaki sposób, ale też o czym nie pisano. Była również prasa fachowa, specjalistyczna, a choć nie wolna od cenzury, to jednak niemal swobodnie opisująca fragmenty rzeczywistości. Generalnie media miały dostarczać wiedzy o świecie i objaśniać jego działanie – oczywiście w pewnych dopuszczalnych granicach, ale nie zawsze dokładnie określonych i pilnie strzeżonych.

Po roku 1989 znikła cenzura i doktrynalne granice wyjaśnień. W zamian wkroczył do mediów pluralizm opinii i zachodnie wzorce medialne, przyjęte bezkrytycznie i z niejakim uwielbieniem. Rozpoczął się wyścig nakładów i sensacji. Największym sukcesem medialnym okazał się „Super Express”, produkcja co prawda rodzima, ale według najgorszych – przepraszam – najlepszych, zachodnich wzorców. „Super Express” przebił „Gazetę Wyborczą”, która z czasem zaczęła się z nim ścigać. Do gry włączył się też obcy kapitał w postaci Grupy Ringier Axel Springer Polska. „Fakt” jest polskim brukowcem, odpowiednikiem niemieckiego „Bilda” i osławionego brytyjskiego (zamkniętego w 2011 roku) „News od the World” czy „The Sun”; ma zresztą tego samego wydawcę co „Bild”. Metody działań „Bilda” scharakteryzował słynny reporter niemiecki Günter Warllaff. Od jego czasów wszystko (prawie) się zmieniło. Oczywiście na jeszcze gorsze.

Na zachodzie Europy funkcjonował podział na „media opinii”, dostarczające informacji, oraz media brukowe, karmiące się ludzkim nieszczęściem i tanią sensacją. Brukowce, rzecz jasna, wymyślono w USA, jak większość nieszczęść nowożytnego świata. „Krew na pierwszą stronę”: ta – wtedy jeszcze nieopisana – zasada rządziła imperiami medialnymi Williama Randolpha Hearsta oraz Josepha Pulitzera. Ten drugi miał jakieś wyrzuty sumienia, więc ufundował nagrodę za rzetelne i wybitne dziennikarstwo. Hearstowi wystarczały pieniądze. On chyba pierwszy wpadł na pomysł fundacji rodzinnej, która miała służyć zachowaniu majątku i oczywiście unikaniu podatków.

Wracając na ojczyzny łono: prasa brukowa miała się bardzo dobrze w Polsce międzywojennej, chyba nawet lepiej niż w III RP, bo nie musiała się obawiać konkurencji w postaci internetu. Można powiedzieć, że internet przyspieszył gównowacenie mediów i jakby wzniósł go na wyższy poziom. O zasługach tzw. mediów społecznościowych dla gównowacenia mediów głównego nurtu pisze Cory Doctorow dosyć szczegółowo.

W Polsce brak takich analiz, ale sam proces przebiega dużo szybciej niż na Zachodzie, może dlatego, że jedyną partią, która w Polsce interesuje się mediami i ich stanem, jest PiS, choć oczywiście na ich rzetelności nigdy mu nie zależało. Premier Tusk nie ma pomysłu, co zrobić z mediami publicznymi, a na wpół państwowy Orlen też nie wie, co zrobić z reszkami Polska Press, odziedziczonym po PiS upadającym konglomeracie gazet lokalnych.

Aktualnie mamy media, w których jest coraz mniej informacji, a niemal każdy tekst przypomina komentarze z mediów społecznościowych. Wszędzie zlikwidowano korektę, a piszący do mediów wydają się nawet nie używać autokorekty w edytorach tekstów.

Działa oczywiście prawo nagłówków Betteridge’a-Marra. Jeśli w tytule pada pytanie, to bez dalszego czytania możemy być pewni, że odpowiedź brzmi „nie”, a sam tekst nie jest specjalnie istotny. Z kolejną regułą mamy do czynienia, gdy tytuł anonsuje tragiczne wydarzenie, które – jak się okazuje – miało miejsce tysiące kilometrów od potencjalnego czytelnika.

To klasyczne clickbaity, czyli sposoby na przyciągnięcie uwagi, wyświetlenie reklam i tym samym sprzedanie tej „uwagi” reklamodawcy. To na dłuższą metę bezproduktywna gra, w której tracą wszyscy: użytkownicy portali, portale i oczywiście również reklamodawcy. Wszyscy też tracą wiarygodność – dziś towar cenny niemal jak metale ziem rzadkich, a może i cenniejszy, bo rzadziej występujący. Tak samo cenna jest informacja, która nie jest clickbaitem. Jeszcze cenniejszy i rzadszy jest komentarz, który określa kontekst i pozwala zrozumieć istotność i znaczenie informacji. Toniemy w informacyjnym bagnie, które coraz bardziej przypomina kanał.

Również na aristoskr.wordpress.com


Felieton jest wyrazem opinii autora. Nie prezentuje stanowiska ZR Małopolskie.