38 milionów migrantów w krainie wyblakłego pigmentu. Felieton Kazimierza Dawidka (3)

38 milionów migrantów w krainie wyblakłego pigmentu. Felieton Kazimierza Dawidka (3)

W Polsce żyje 38 milionów migrantów z Indii!
Zanim narodowcy znowu ruszą bronić „cnót polskich białogłów” przed uchodźcami, przypomnijmy im jedno: naukowo wszyscy jesteśmy z Afryki, tylko nam pigment wyblakł.
W nowym felietonie:
• O tym, jak sarmaccy panowie zrobili na Ukrainie krwawy apartheid.
• Dlaczego górale z Podhala to genetyczny miks uciekinierów i przestępców.
• Jak rasowa obsesja zepchnie nas do Czerwonej Księgi Gatunków Zagrożonych.
Zrób test genetyczny, zanim Darwin oficjalnie postawi na tobie krzyżyk. Spoiler: czystej rasy nie ma. Wszyscy jesteśmy migrantami.

Czas na pobudkę, „czyści Aryjczycy”! Wszyscy jesteśmy uciekinierami z Afryki – tyle że mocno wyblakłymi. Nad Wisłą żyje 38 milionów migrantów, którzy z braku słońca po prostu stracili afrykański pigment. Zanim prawica znowu dostanie zawału na myśl o uchodźcach, spójrzmy prawdzie w oczy: mityczna „polska krew” to genetyczny koktajl, a nasza historia to nie misja cywilizacyjna, lecz bezwzględne jarzmo.

W Polsce żyje obecnie 38 milionów imigrantów z Indii, Rosji, Judei, Turcji, Mongolii, Wietnamu, Ukrainy, Rumunii, Węgier, Czech, Słowacji, Niemiec, Holandii, Francji, Szwecji, Szkocji i Bóg wie, skąd jeszcze. Zaledwie kilkadziesiąt tysięcy lat temu wszyscy grzecznie kucaliśmy na Półwyspie Indyjskim, będąc dumnymi potomkami drugiej fali migracji z Afryki sprzed 40 tysięcy lat. Pierwsza fala, jak wiadomo, zmarzła na kość podczas zlodowaceń, a ich jedyną skamieliną w Europie są Baskowie. Mają oni nieco inny genotyp, co czyni z nich – w logicznym uproszczeniu naszej prawicy – Murzynów nieco bardziej pierwotnych niż my.

Ludy indoeuropejskie napłynęły na Półwysep Indyjski, uciekając przed ostatnim zlodowaceniem. Wcześniej dawaliśmy czadu na Syberii, która zanim stała się zamarzniętym piekłem, była całkiem przyzwoitym zielonym stepem. Polowaliśmy tam namiętnie na mamuty. Ponieważ wytępiliśmy je co do jednego (w czym jako gatunek od zawsze jesteśmy ekspertami), trzeba było szukać nowych perspektyw życiowych, a te okazały się wyjątkowo urokliwe w Indiach. Tam z powodów czysto klimatycznych przerzuciliśmy się na wegetarianizm. Koniec końców i tak wszyscy pochodzimy od jednego tatusia z afrykańskiej sawanny. Na dobrą sprawę wszyscy jesteśmy Murzynami, tyle że na naszej szerokości geograficznej z braku słońca po prostu potwornie wyblakł nam pigment.

Migracje trwają od setek tysięcy lat, co oznacza, że globalnie wszyscy jesteśmy migrantami. Wyjątkiem są rdzenni mieszkańcy pasa sawanny w Afryce Centralnej. Oni jako jedyni na świecie mogą legalnie zameldować się w biblijnym ogrodzie Eden jako jego rodowici, nieprzemieszczani od wieków lokatorzy.

Dzisiejszej migracji nie da się powstrzymać. Na trasie z Afryki do Europy generują się miliony uchodźców klimatycznych. Przeciętna matka w Nigerii rodzi dziś pięcioro dzieci, co przy tamtejszej eksplozji demograficznej oznacza, że pod koniec stulecia samych czarnoskórych będzie na świecie około 4 miliardów. W prostym przeliczeniu daje to jakieś kilkanaście tysięcy czarnych na jedną polską białogłowę, której niewieścich cnót będą bohatersko bronili mentalni potomkowie Przemysława Czarnka. Ci uchodźcy wegetują dziś w 20-milionowych molochach-slumsach, żywiąc się odpadkami, które hojnie podrzucają im Europejczycy. Ale uwaga: kiedyś te odpady się skończą i wtedy oni wszyscy zapukają do drzwi Europy. Przez Atlantyk do Ameryki przecież nie popłyną, a w Azji też już nie ma gdzie szpilki wcisnąć. Samych Chińczyków i Hindusów jest tam – wliczając Pakistan, Bangladesz, Indonezję i Malezję – blisko 4 miliardy, a wszyscy oni zgodnie wyznają islam, buddyzm i hinduizm.

Biorąc pod uwagę wyłącznie migrację z Afryki, za jakieś 70 lat Europejczycy przy odrobinie szczęścia będą koloru mlecznej czekolady (efekt radosnego mieszania). Przy braku szczęścia biali zostaną po prostu wyparci przez demografię i znikną z powierzchni ziemi. Myślę jednak, że część białogłów ocaleje i wyda na świat czekoladowe dzieci. Kobiety mają więc ewolucyjnie znacznie większe szanse na przetrwanie niż mężczyźni. Zresztą okazuje się, że genetyczny koktajl różnych ras daje najlepsze rezultaty – tak intelektualne, jak i estetyczne. Widać to chociażby w Ameryce Południowej. Tam czarnoskórzy i Indianie mieli piekielne szczęście: rządził bezwzględny Kościół katolicki, więc każdy kolorowy, który ze strachu przed stosem dał się ochrzcić, stawał się pełnoprawnym obywatelem, a międzyrasowe wesela były na porządku dziennym. Co prawda, jeśli jakiś Indianin uparcie trwał przy pogaństwie, w imię chrześcijańskiej miłości bliźniego ucinano mu prawą stopę, ale hej, przynajmniej nikt nie bawił się w segregację rasową.

Z kolei w Ameryce Północnej, skażonej purytańskim Kościołem protestanckim, panował importowany prosto z Anglii surowy rasizm i religijne przekonanie o własnej wyższości, z którego później wykiełkował darwinizm społeczny. Tam kolorowi nawet po przejściu na chrześcijaństwo byli, są i będą uważani za gorszy, brudny sort. I właśnie z powodu tej rasowej obsesji i braku asymilacji biali stają się tam dziś mniejszością.

Logika dziejowa na tym kontynencie osiągnęła zresztą wyżyny czystego obłędu. Popatrzmy na ten genialny, makabryczny teatr: najpierw imigranci afrykańscy z Europy (którzy w międzyczasie na północy mocno wybielili sobie skórę) przypływają za ocean i z miejsca biorą się za eksterminację innych imigrantów afrykańskich (którzy z kolei, wędrując przez Azję, zdążyli dorobić się czerwonawej karnacji). Europejscy przybysze z głupoty nazwali ich Indianami, po czym metodycznie wyrżnęli w pień. Gdy zorientowali się, że na podbitych polach bawełny nie ma już kto pracować, wpadli na kolejny genialny pomysł: sprowadzili sobie nową dostawę imigrantów z Afryki – tym razem tych, którzy zostali na miejscu i zachowali czarny pigment. Ci ostatni byli więc dosłownie biologicznymi braćmi swoich oprawców. Połowa z nich umierała w nieludzkich męczarniach już na statkach, a jeśli któryś z ocalałych na plantacji śmiał upomnieć się o swoje prawa, był sadzany na rozgrzanych w ogniu do czerwoności kamieniach. Podsumujmy ten cyrk: biali uciekinierzy z Afryki udający Europejczyków zamordowali czerwonych uciekinierów z Afryki udających Indian, wykorzystując czarnych niewolników z Afryki, których torturowali za to, że są zbyt afrykańscy.

Mamy więc klasyczny biblijny mechanizm Kaina i Abla podniesiony do skali globalnej. I my, Polacy, w tym cywilizacyjnym procederze wcale nie jesteśmy święci. Przez kilkaset lat bezlitośnie ciemiężyliśmy Ukraińców i Białorusinów na Kresach. Nic dziwnego, że w odpowiedzi wybuchały krwawe powstania przeciwko polskim panom, w których tamtejsi ludzie walczyli przeciwko traktowaniu ich jak bydło pociągowe, a polska magnateria w imię obrony „przedmurza chrześcijaństwa” masowo wbijała ich na pale.

Dlatego radzę każdemu: zróbcie sobie test genetyczny. Gdy zobaczycie, jaką wybuchową, niebezpieczną mieszankę nosicie w żyłach, natychmiast przejdzie wam ochota na bycie „czystym Aryjczykiem” i wyznawanie teorii ras. Czas zacząć przystosowywać się do nowych warunków. Bo jak uczył Darwin, gatunek, który nie potrafi się dostosować, po prostu zdycha. Polaków pod koniec tego stulecia z powodów demograficznych zostanie marne 15–20 milionów. Tymczasem ponad miliard muzułmanów żyje, ma się świetnie i dynamicznie rozmnaża – pod koniec wieku będzie ich co najmniej dwa miliardy. Na jednego białego człowieka przypada już dzisiaj kilku kolorowych, więc lada moment jako rasa trafimy do Czerwonej Księgi Gatunków Zagrożonych Wyginięciem. W samych USA populacja białych kurczy się tak szybko, że za chwilę będą mniejszością, a hiszpański zdominuje przestrzeń publiczną.

Ja swój genotyp już sprawdziłem. My, Dawidkowie, wywodzimy się skądś z Czech (nazwisko Dawidek oznacza po prostu „syn Dawida”), ale mamy też solidną domieszkę ukraińską i niemiecką. Ojciec mojej babki ze strony ojca nazywał się Ullman i regularnie kursował do rodziny w Saksonii. „Polskiej” krwi mamy w sobie może z 25%, choć na dobrą sprawę nikt nie wie, czym ta mityczna polska krew w ogóle jest. Babka ze strony mamy była córką sołtysa z Zębu koło Zakopanego, a jej mąż, mój dziadek Słowiński, herbowy szlachcic, pochodził z Ukrainy. A tam podczas naszej kilkusetletniej obecności wszystko mieszało się w te i we wte. Polscy panowie zazwyczaj i tak byli na wojnach, więc ukraińscy poddani z radością i bezpłatnie dbali o biologiczne potrzeby ich samotnych małżonek. A poza tym, jak pięknie opisywał to Sienkiewicz, jedni napadali na drugich, rżnęli się nawzajem, gwałcili i porywali, a owocem tych historycznych rzezi był uroczy, genetycznie zmieszany narybek.

Nawet dumna ludność Podhala to genetyczny tygiel: miks krwi polskiej (głównie zbiegli przed batem chłopi pańszczyźniani i ścigani przestępcy), wołoskiej (pasterze z Bałkanów, którzy przeszli przez Karpaty z Rumunii), niemieckiej (osadnicy rolni, założyciele wielu wsi istniejących do dziś) oraz czeskiej (tzw. hamernicy, od niemieckiego słowa „hammer”, czyli młot, pracownicy hut żelaza). I cóż za absurd: właśnie ci obywatele Księstwa Góralskiego, mieszańcy krwi z połowy Europy, po niechwalebnym epizodzie Goralenvolku, dziś w większości wyznawcy PiS, walczą o czystość krwi polskiej!

Wniosek? Na dobrą sprawę wszyscy, wszędzie i od zawsze jesteśmy totalnymi migrantami.


Felieton jest wyrazem opinii autora. Nie prezentuje stanowiska ZR Małopolskie.

Tekst wart skomentowania? Napisz do redakcji!