Gra w referenda. Felieton Adama Jaśkowa (257)

Gra w referenda. Felieton Adama Jaśkowa (257)

Referendum to ważny element demokracji: obywatele przesądzają w nim o kwestiach istotnych dla państwa. W pewnych krajach stosuje się je rzadko, w innych bardzo rzadko, no i jest jeszcze Szwajcaria, która trenuje je nieustannie, szczególnie na poziomie kantonów. Nie ma roku, by w Szwajcarii nie obyło się jedno czy dwa, a czasem trzy referenda. Ze Szwajcarią w ogóle jest trochę tak jak ze Szwecją: wielu Polaków jest przekonanych, że nie istnieje. Nawet ci, co tam byli, mogą się nagle obudzić pod Warszawą jak Kramer z „Vabanku”.

Nie jesteśmy krajem odpowiednim do urządzania referendów. W czasach PRL-u zorganizowano je dwa, a w zasadzie jedno, bo pierwsze było jeszcze jakby przed PRL-em. To pierwsze referendum to zagadka społeczno-polityczna. Układającym pytania nie sposób odmówić geniuszu politycznego. Racjonalnie rzecz biorąc, intuicyjna odpowiedź na wszystkie trzy pytania powinna brzmieć „tak”. Przyznają to nawet najzagorzalsi krytycy PRL-u. A jednak plan się nie udał i władze zostały zmuszone do podrasowania rzeczywistych wyników. Tyle że tamto referendum tak naprawdę o niczym nie decydowało, bo wszystko było już przesądzone. Większość obywateli mogła sobie nie zdawać z tego sprawy, ale zagłosowali tak, jakby faktycznie chcieli Senatu, przedwojennego chaosu i okrojonych granic.

Koniec PRL-u również poprzedziło referendum. Władze chciały w zasadzie usankcjonowania głębokiej transformacji. Warunki były surowe. Przepisy referendalne wymagały, by pozytywnej odpowiedzi udzieliła ponad połowa uprawnionych do głosowania. Większość głosujących poparła przedstawione propozycje: drugi etap reformy gospodarczej oraz demokratyzację życia publicznego i mimo że wyniki referendum nie były wiążące, władze uzyskały legitymizację – słabą wprawdzie – przeprowadzenia zmian. Tak więc pierwsze referendum, sfałszowane, zapoczątkowało PRL, a drugie, nieskuteczne, zdecydowało o jej zakończeniu.

Społeczeństwo III RP miało zmienne szczęście do referendów. Referendum konstytucyjne opracowali ci, którzy mieli jeszcze w pamięci tamto pechowe z 1997 roku. Po pierwsze, zrezygnowano z kryterium ważności referendum. Ustawa o trybie przygotowywania Konstytucji przewidywała, że referendum konstytucyjne będzie wiążące bez względu na frekwencję. Przewidywała słusznie, bo frekwencja wyniosła 42% uprawnionych, czyli była mniejsza niż ta w wyborach parlamentarnych z 1993 roku (52%).

Można powiedzieć, że Konstytucja prześlizgnęła się nad progiem, bo ostatecznie poparło ją niecałe 53,5% głosujących, czyli mniej niż jedna czwarta ogółu uprawnionych. W wielu województwach nie zostałaby w ogóle przyjęta (a było ich wtedy 49). Najwięcej przeciwników, ponad 70%, miała w województwach nowosądeckim i rzeszowskim. Została też odrzucona w województwie krakowskim, czyli w Krakowie i okolicach, oraz gdańskim. Cały rogal południowo-wschodni, od Bielska-Białej po Podlasie, Ostrołękę i Łomżę, zagłosował za odrzuceniem.

Na podstawie dzisiejszych doświadczeń można by wysnuć wniosek, że Konstytucja nie cieszyła się i nadal nie cieszy powszechnym poparciem ani też nie jest powszechnie znana.

Kolejne referendum, tym razem decydujące o przystąpieniu do Unii Europejskiej, musiało zgodnie z ustawą przyciągnąć do urn więcej niż połowę uprawnionych, by było ważne. Można powiedzieć, że organizowała je niemal ta sama ekipa (SLD) co referendum konstytucyjne. Przede wszystkim wydłużone zostało do dwóch dni. Kampanię referendalną prowadziła w zasadzie cała administracja publiczna oraz partie koalicji rządowej. W efekcie przy frekwencji prawie 59% uprawnionych (znacząco wyższej niż w wyborach 2001 roku, 46%) ponad 77% zagłosowało za przystąpieniem do UE. Był to wynik znacząco wyższy niż w referendum konstytucyjnym, bo prawie 45% uprawnionych do głosowania wybrało akcesję.

W 1996 roku odbyły się dwa referenda: jedno z inicjatywy prezydenta Wałęsy, drugie, konkurencyjne, na wniosek Sejmu, czyli koalicji SLD-PSL. Oba dotyczyły reprywatyzacji, z tym że Wałęsa obiecywał powszechne uwłaszczenie, a Sejm był w obietnicach ostrożniejszy. Frekwencja wyniosła 32%, więc referenda nie osiągnęły kryterium ważności. Nie były jednak aż taką kompromitacją dla wnioskodawców jak następne referendum, zarządzone przez prezydenta Bronisława Komorowskiego, które przyciągnęło do urn niecałe 8% uprawnionych do głosowania. Zapowiedź referendum miała uratować kampanię wyborczą Komorowskiego. Klęska ustępującego prezydenta była już nieodwracalna i fiasko referendum tylko ją potwierdziło.
Jego następca tym się nie zniechęcił i też postanowił użyć referendum w grze wyborczej, tym razem walcząc o Sejm i Senat. W referendum zapytano wyborców, czy popierają Zjednoczoną Prawicę. Wyniki tego głosowania oraz głosowań wyborczych wskazywały, że jednak nie bardzo.

Mimo tych doświadczeń kolejny prezydent Zjednoczonej (teraz jakby nieco mniej) Prawicy chce znowu poprzez referendum wpłynąć na wynik wyborczy popierającego go ugrupowania. Wymyślenie dobrych pytań – nie tylko referendalnych – nie jest łatwe. A przykład z 1946 roku dowodzi, że nawet bardzo dobre pytania nie gwarantują sukcesu. Pytanie zaś, jakie chciałby zadać prezydent Nawrocki, nie jest jakimś przejawem geniuszu: „Czy jest Pan/Pani za realizacją unijnej polityki klimatycznej, która prowadzi do wzrostu kosztów życia obywateli, cen energii oraz kosztów prowadzenia działalności gospodarczej i rolniczej?”. Budzi się tu chyba więcej wątpliwości niż entuzjazmu.

Oczywiście, Unia Europejska nie jest wyłącznie źródłem dotacji i szczęścia, ale głównego źródła naszych problemów należy szukać w Polsce. Nawet jeśli pominiemy fakt, że premier Zjednoczonej Prawicy Mateusz Morawiecki bez większych oporów zaakceptował unijne propozycje z zakresu polityki klimatycznej, to ani on, ani jego następca nie prowadzą polityk dostosowawczych. Z handlu emisjami ETS wpłynęły do kasy państwa w latach 2013–23 138 miliardy złotych, z czego na cele dostosowawcze do polityki klimatycznej wydano niespełna dwa miliardy. Pozostałe zniknęły w otchłani budżetu. W dodatku premier Tusk wykazuje tu znacznie większy sceptycyzm niż Morawiecki.

Autor lub autorzy prezydenckiego pytania (bo może to efekt zbiorowego wysiłku – że tak powiem – umysłowego) chyba nie bardzo się orientują w meandrach europejskiej polityki, czy nawet polityki w ogóle. Senat prawdopodobnie odeśle wniosek o referendum do ponownego przemyślenia. Nie jest jednak wykluczone, że temat powróci bliżej wyborów parlamentarnych jako kolejna proteza przedwyborcza. Jeśli coś wyróżnia polską politykę, to głównie to, że nikt się niczego nie uczy. Ani na błędach, ani na sukcesach. Przynajmniej teraz.

Pisząc o referendach, celowo pominąłem referenda lokalne, które najczęściej dotyczą odwołania władz samorządowych. Padają tam proste pytania: odwołać czy nie odwołać? Nie zawsze jednak na takie pytania można znaleźć proste odpowiedzi. Ale to już zupełnie inna bajka.

Również na aristoskr.wordpress.com


Felieton jest wyrazem opinii autora. Nie prezentuje stanowiska ZR Małopolskie.

Tekst wart skomentowania? Napisz do redakcji!