Polska przeżywa okres bezprecedensowy. Chyba żadne inne państwo nie skorzystało tak bardzo na członkostwie w Unii Europejskiej. Z dawnej sowieckiej półkolonii, szarej i beznadziejnej, wyrosła Polska zaliczająca się do najbogatszych państw świata, której znaczenie – także dzięki UE – jest znacznie większe, niż wynikałoby to z samych rozmiarów kraju.
Polskie osiągnięcia są jednak z różnych powodów zagrożone. Obok toczy się wojna, która w każdej chwili może się rozlać na całą Europę lub świat. Realnym niebezpieczeństwem dla sukcesu Polski jest kryzys sądownictwa. Prawo w Polsce obowiązuje inaczej. W przestrzeni publicznej szerzą się piramidalne bzdury prawnicze (np. teza o rzekomym sporze kompetencyjnym w związku ze złożeniem ślubowania przez sędziów wybranych do Trybunału Konstytucyjnego). Demontaż sądów i systemu prawnego przez rządy PiS-u okazał się trwały, a teraz dodatkowo wzmocniony przez prezydenta Nawrockiego i jego otoczenie.
Stan obecny nie może się utrzymywać bez końca. Państwo nie może funkcjonować bez instytucji gwarantujących respektowanie prawa. Należy podjąć próbę zbudowania konsensu wokół naprawy sądów i Trybunału Konstytucyjnego oraz wyjęcia tych instytucji z dewastującego państwo sporu politycznego. Plan musi uwzględniać zastaną rzeczywistość – to, że neosędziowie od lat orzekają w imieniu Rzeczypospolitej oraz że obóz demokratyczny przegrał wybory prezydenckie. Nie można ignorować faktu, że wielu neosędziów sprawuje swoje urzędy prawidłowo, a są też starzy sędziowie, którzy w okresie PiS-u egzaminu obywatelskiego nie zdali.
Dotarliśmy do punktu, w którym spór o legitymację sędziów przynosi więcej szkody niż pożytku i pozbawia obywateli realnego prawa do sądu. Tylko czekać, aż zapadną orzeczenia Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, których tenor może być inny niż za czasów PiS-u. Także Trybunał Sprawiedliwości UE dostrzega problem ochrony niezależności neosędziów. Możliwa reforma musiałby zakładać konieczność bolesnego kompromisu. Należałoby przyjąć, że sądy powszechne powinno się zostawić w spokoju.
W przypadku Sądu Najwyższego sytuacja jest inna. Autorytet tego organu, odpowiedzialnego za jednolitość orzecznictwa, nie może być kwestionowany. Projekt naprawy istnieje, zaproponowany przez dwóch neosędziów SN, wybitnych prawników: Pawła Księżaka i Adama Redzika. Należałoby zatem rozwiązać SN, odesłać wszystkich jego sędziów w stan spoczynku, a jeżeli ktoś chciałby nadal sprawować tę funkcję, musiałaby na to wyrazić zgodę nową, zreformowana KRS.
Trybunał Konstytucyjny natomiast już dawno utracił cechy sądu i zaniknął. Dlatego między innymi nie wypłacano tu wynagrodzeń i nie publikowano orzeczeń. W rezultacie wybór sędziów był wyborem do nieistniejącego organu. Być może trzeba wyciągnąć z tego wnioski. TK należałoby stworzyć od nowa. Każdy z klubów sejmowych powinien w proporcji do liczby posłów uzyskać prawo do zgłoszenia kandydatów, których Sejm następnie by wybrał.
Jeżeli dla takiego planu udałoby się zbudować polityczny konsens, zażegnalibyśmy kryzys, który coraz poważniej zagraża naszej państwowości. Rozwiązanie to nie w pełni przywraca sprawiedliwość, ale w centrum reformy musi być zagwarantowanie prawa do sądu i przywrócenie pełnej legitymacji władzy sądowniczej. W istniejących realiach politycznych wymaga to zawarcia kompromisu. W przeciwnym razie przegramy wszyscy.
Felieton jest wyrazem opinii autora. Nie prezentuje stanowiska ZR Małopolskie.