Ghostriderzy za kierownicami. Felieton Adama Jaśkowa (268)

Ghostriderzy za kierownicami. Felieton Adama Jaśkowa (268)

Podstawowa zasada ruchu na polskich drogach jest taka, że dopuszczalne przez kodeks drogowy lub znaki prędkości są dla Polaków wyłącznie prędkościami orientacyjnymi. W zasadzie należałoby nakłonić producentów samochodów, by sygnały dźwiękowe, informujące kierowcę o przekroczeniu dopuszczalnej prędkości powinny być słyszalne na zewnątrz, tak by ostrzegały również innych użytkowników drogi.

Koniec wakacji to czas refleksji. Mnie też napadły, być może z tego powodu, że wakacyjną podróż odbyłem samochodem, narażając się na kontakt z innymi kierowcami, co zawsze jest ryzykowne, dla zdrowia, a nawet życia. Podstawowa zasada ruchu na polskich drogach jest taka, że dopuszczalne przez kodeks drogowy lub znaki prędkości są dla Polaków wyłącznie prędkościami orientacyjnymi. W zasadzie należałoby nakłonić producentów samochodów, by sygnały dźwiękowe, informujące kierowcę o przekroczeniu dopuszczalnej prędkości powinny być słyszalne na zewnątrz, tak by ostrzegały również innych użytkowników drogi. Niestety oznaczałoby by to nieustanny niemal hałas w wielu miejscach kraju.

Inne nie mniej irytujące, choć może nie tak groźne przypadki to używanie, czy raczej nie używanie kierunkowskazów. Gdy mieszkałem w Warszawie, zauważyłem, że prawdziwi „Warszawiacy” prawie ich nie używają. Mam wrażenie, że ta moda się rozszerza, zwłaszcza na województwo pomorskie. Osobną kategorię stanowią kierowcy, którzy uruchamiają kierunkowskaz wraz ze skrętem kół albo (a czasem również), gdy stojąc na skrzyżowaniu na pasie umożliwiającym skręt i jazdę na wprost, gdy zapala się zielone światło.

Na trasach szybkiego ruchu mamy często do czynienia z kompletnie bezmyślnymi kierowcami, którzy uwielbiają jechać „na zderzaku” z prędkościami bliskimi dopuszczalnej lub nawet je przekraczającymi. To przejaw skrajnej nieodpowiedzialności, w dodatku od niedawna karalnej. Co prawda przepis sformułowano w sposób urągający logice, ale zasada jest prosta. Jeśli dostrzegasz zarys sylwetki kierowcy w samochodzie przed tobą, to znaczy, że jesteś idiotą i oczywiście jesteś zbyt blisko.

Dochodzimy teraz do specjalnej kategorii: samochodowi socjopaci. O ile przeciętni użytkownicy i przekraczacze prędkości zwiększają ryzyko na drogach, zwłaszcza w trudniejszych warunkach pogodowych, o tyle socjopaci samochodowi stanowią stałe zagrożenie dla wszystkich.

Standardowi polscy kierowcy, aczkolwiek jeżdżący często na granicy ryzyka i przepisów elastycznie dopasowują się do zmian i ograniczeń. Znaki ograniczają prędkość do 70, jeżdżą 80. Ograniczają do 50, jeżdżą 60. Ograniczają do 40, jeżdżą 50. Ograniczają do 30, to jadą 50. Przecież wolniej „to się nie da”. Wierzą, że radary i policja tolerują 20-kilometrowe przekroczenia. Ale przy pieszych wchodzących na przejście a tym bardziej szybkich jak błyskawice hulajnogach to może nie zadziałać.

Jeśli jednak ktoś przekracza prędkość dozwoloną o 50 i więcej kilometrów na godzinę to już nie jest zwykłym polskim kierowcą, tylko szalejącym i groźnym dla społeczeństwa socjopatą i powinien być wyeliminowany na trwałe z ruchu drogowego i życia społecznego. A recydywiści, bo jest ich dzięki łagodności funkcjonariuszy wymiaru sprawiedliwości, więcej niż nam wydaje, powinni spędzać życie za kratami, resocjalizując się przy pracy z ofiarami wypadków drogowych.

Po każdym tragicznym wypadku, choć może powinniśmy raczej mówić zabójstwie przy użyciu samochodu, społeczeństwo dyskutuje o przyczynach, choć zwykle są one proste. Wyjątkiem od tej reguły jest dyskusja po wypadku/zabójstwie w Krakowie, gdzie tzw. opinia społeczna niejako przejęła narrację sprawcy i szybko obwiniła władze miasta o brak zabezpieczenia pieszych i złą organizację ruchu. Taka narracja jest groźniejsza w skutkach niż tragiczny wypadek. Szybko zapomniany, że gdyby socjopata za kierownicą przestrzegał ograniczeń prędkości i przepisów ruchu drogowego, to na 99% do wypadku w ogóle by nie doszło. Zdaję sobie sprawę, że mamy w Krakowie nudną i nieracjonalną kampanię wyborczą, ale użycie tej tragedii i to w taki właśnie sposób powinno dyskwalifikować moralnie tych, którzy taką narrację powielają. Co gorsza, sprawujący władzę w mieście po części przyznali rację oskarżycielom, montując plastikowe spowalniacze na ulicy, na której doszło do wypadku. Obrońcy krakowskiego pirata drogowego na pewno przed sądem przywołają ten fakt, dowodząc, że gdyby wcześniej zamontowano spowalniacze, to do wypadku by nie doszło. Jednak zwracam uwagę, że równie prawdopodobna jest hipoteza, że wtedy samochód sprawcy wybiłby się wyżej i nikt z ofiar wypadku nie uszedłby z życiem.

Niestety w polityce polskiej od dawna nikogo nic nie dyskwalifikuje. Ani głupota, ani brak moralności.

Również na aristoskr.wordpress.com


Felieton jest wyrazem opinii autora. Nie prezentuje stanowiska ZR Małopolskie.

Tekst wart skomentowania? Napisz do redakcji!