W poszukiwaniu brukselskich elit. Felieton Marcina Nowaka (12)

W poszukiwaniu brukselskich elit. Felieton Marcina Nowaka (12)

19 listopada u Moniki Olejnik w programie „Kropka nad i” Beata Kempa powiedziała: „Jeżeli nie spełnimy jakichś zachcianek elit brukselskich, to wtedy powiedzą, że łamiemy praworządność”. Według pani Kempy elity brukselskie przywołane w kontekście praworządności zamierzają rządzić Polską jak prowincją lub powiatem. Nie wiem, czy pani europoseł zdaje sobie sprawę, że jej wypowiedź jasno wskazuje, jak polska elita, która wstała z kolan i od pięciu lat rządzi krajem, traktuje polską prowincję i polskie powiaty. Po prostu ma je za nic. Przy okazji pani Kempa obraziła wszystkich brukselczyków.

Do Brukseli przyjechałem po raz pierwszy jesienią 2004 roku. Nigdy nie zapomnę, jak po całonocnej podróży autokarem linii Euroline docierałem do celu w promieniach wschodzącego słońca. Autokar mijał przedmieścia, ciekawe rozwiązania architektoniczne i rozbudowane węzły komunikacyjne, o jakich w Polsce jeszcze nie słyszano (rondo Matecznego należało wtedy do najtrudniejszych skrzyżowań w Krakowie). Na horyzoncie pojawiło się Atomium – monumentalny model kryształu żelaza powiększonego 165 miliardów razy, znajdujący się w dzielnicy Laeken na przedmieściach Brukseli. Zbudowano go na Wystawę Światową w 1958 roku (EXPO’58) jako symbol naukowych i technicznych osiągnięć wieku atomu. Do tej pory widziałem Atomium tylko w telewizji. Nie mogłem uwierzyć, że właśnie mam go przed sobą. Planowałem wycieczkę, by obejrzeć go z bliska.

Autobus zmierzał na Gare Centrale, duży węzeł kolejowo-autobusowy. Ruch się wzmagał, ludzie pędzili do pracy, odprowadzali dzieci do szkoły. Jakiś człowiek wyszedł do piekarni na rogu po „pistolet”, czyli bułkę, „baguel” – bułkę w formie obwarzanka, lub słodką bułkę z czekoladą na śniadanie… Pomyślałem: samo życie. Różnorodność ludzi na ulicach była jednak zaskoczeniem. Na pierwszy rzut oka było widać, że mieszkańcy Brukseli pochodzą z rozmaitych stron świata. Dla mnie, wychowanego w środowisku ludzi białych i to wyłącznie Polaków (pierwszą czarnoskórą osobą, którą spotkałem na żywo, była poznana na studiach dziewczyna z Ghany, świetnie zresztą mówiąca po polsku), było to niezwykłe doświadczenie – na tyle nowe, że nie wiedziałem, jak zareagować. Czułem lęk zmieszany z ciekawością.

W tamtym czasie autobusy kursowe przejeżdżały przed gmachem Parlamentu Europejskiego. Zobaczyłem znany mi z telewizji obraz flag narodowych powiewających na masztach po obu stronach wejścia do budynku. Duma mnie rozpierała, że wśród nich powiewa również świeżo zawieszona polska biało-czerwona flaga.

Życie pozytywnie odpowiedziało na moją chęć poznania tego międzynarodowego środowiska. Kolejne lata przepracowałem w ASBL, stowarzyszeniu bez celu zarobkowego, w którym na co dzień spotykałem osoby z różnych krajów. W tamtym czasie byłem gorliwym katolikiem, niemniej szybko odkryłem, że sam katolicyzm ma wiele odcieni, chrześcijaństwo ma wiele odcieni. Mieszczą się tu niesamowite tradycje katolików wietnamskich i piękna liturgia grekokatolików, w której można uczestniczyć w benedyktyńskim klasztorze w Chevetogne. Niezwykłym doświadczeniem było dla mnie spotkanie z biskupem Namur, który odnosił się do mnie jak do równego sobie. Nad drzwiami brukselskiej synagogi przeczytałem napis: „Czyż nie mamy tego samego Boga za Ojca?”. Dowiedziałem się, że Stary i Nowy Testament to księgi ogromnie istotne zarówno dla chrześcijan, jak i muzułmanów. Ile wspólnego mają żydowskie święto seder i katolicka msza święta, dostrzeże tylko ten, kto poznał obie te praktyki religijne. Nie nauczono mnie tego na lekcji religii w podstawówce ani w szkole średniej, za to przestrzegano mnie, by w kontakty z innowiercami nie wchodzić, bo jeszcze odmieni mi się myślenie i zboczę z „właściwej” drogi. Dziś z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że w każdej religii wmawia się wyznawcom, że ich wiara jest najlepsza. Jest to błędne przekonanie. Każda religia ma pozytywne i negatywne cechy, każda jest bliżej lub dalej Prawdy.

W Belgii najczęściej – z oczywistych względów – zadawano mi pytania o Wałęsę, ale też o Jana Pawła II (urodziliśmy się w tym samym mieście), który był symbolem dialogu ekumenicznego oraz szansą na poszukiwanie tego, co łączy, a nie tego, co dzieli. Jednym ze źródeł zagrożenia w dzisiejszym świecie jest natomiast tendencja odwrotna. Religie popadają w fundamentalizm, broniąc swoich prawd, a nie Prawdy. Mikstura religii i państwa staje się śmiertelną trucizną, czego wymowny przykład mamy w Polsce. Zacietrzewiony polski rząd bije na oślep w przekonaniu o swojej racji. Wierzy, że uczyni Polaków szczęśliwymi, odbierając im wolność, a wypełniając kieszenie, ale przede wszystkim chroniąc przed… – no właśnie, przed czym? Przed społeczeństwem, w którym obywatele czerpią nawzajem ze swoich tradycji jako wspólnego bogactwa? Czy katolik nie może pójść z otwartym umysłem na szabatowy posiłek w rodzinie żydowskiej i odkryć, jak wiele łączy te środowiska? Czy Marcin Luter chciał zrobić na złość zachodniemu chrześcijaństwu, czy może zwrócił uwagę na kupczenie wiarą?

Założę się, że europosłowie pisoprawicy i członkowie ich rodzin tworzą w Brukseli bardziej hermetycznie zamkniętą grupę imigrancką niż muzułmanie, którymi nas się straszy. Tylko fundamentaliści religijni się nie integrują. Imigranci w zdecydowanej większości wchodzą w interakcje z lokalnymi wspólnotami, pracują, posyłają dzieci do szkoły tak samo międzynarodowej jak osiedla, na których mieszkają. Nie przyjeżdżają tutaj po to, by kolonizować Europę czy zdobywać nowych członków swojej sekty tak jak pisoprawica, lecz po to, by współbudować. Mają te same problemy, te same radości i smutki, co każdy z nas.

Po słowach pani Kempy wsiadłem na rower i pojechałem do Brukseli w poszukiwaniu brukselskich elit, o których usłyszałem w programie Moniki Olejnik. Może jest coś, o czym nie wiem? A przecież powinienem wiedzieć, znając to miasto od szesnastu lat. Życie toczy się swoim rytmem. Tak jak szesnaście lat temu ludzie idą do pracy, robią zakupy, odbierają dzieci ze szkoły, myślą o weekendzie. Jedni świętują piątek, inni sobotę, a inni niedzielę. Życie! W czasach pandemii trochę inne, ale życie.

Wiem, że Beata Kempa nie zauważy tego zza okien swojej limuzyny, wiem, że jej pensja europosła przesłania jej zwykłe życie brukselczyków, a wyniesiony z lekcji religii lęk przed innowiercami zapewne powstrzymuje ją nawet przed zbliżeniem się do synagogi czy meczetu. Fundamentalizm katolicki nie pozwala jej dostrzec drugiego człowieka, a jedynie wroga Kościoła i Ojczyzny.

Trzeba mieć naprawdę wygórowane mniemanie o sobie, by sądzić, że pracownicy instytucji europejskich, którzy co dzień koordynują współpracę między 27 państwami zrzeszonymi w Unii Europejskiej, nie zajmują się niczym innym, jak tylko szkodzeniem Polsce i pisoprawicy.


Felieton jest wyrazem opinii autora. Nie prezentuje stanowiska ZR Małopolskie KOD.