Sok z Brukselki. Felieton Marcina Mycielskiego (1)

Sok z Brukselki. Felieton Marcina Mycielskiego (1)

30.06.2020

W życiu nie pisałem felietonu. Owszem, czytam ich trochę, w przeważającej liczbie w wykonaniu prof. Fryderyka Zolla. Nie spodziewałem się jednak, że zachodzi tu zjawisko osmozy. Miałem z tymi tekstami styczność najwyraźniej na tyle długo, że ów Fryderyk Zoll wyciągnął do mnie z ekranu rękę i wciągnął mnie na stronę KOD‑u Małopolskie (niczym w kultowym teledysku Take On Me), prosto do działu „Felietony”. Tak więc jestem, zastanawiając się, co tu robię, bo anim ja z Małopolski, ani nie mogę się równać kunsztem z tutejszym felietonistycznym towarzystwem.
Na co dzień piszę tłity – i chyba tak to potraktuję: jako wątek na Twitterze, tylko w zupełnie nienaturalnej formie ciągłego tekstu podzielonego na zdania czy też (nie daj Boże!) na akapity. Tłituję w dwie strony: o wydarzeniach w Polsce dla publiki europejskiej, a dla publiki polskiej o potencjalnie ciekawych dla Kowalskiego wydarzeniach w brukselskiej bańce, poniekąd kontynuując swoją dawną misję korespondenta „Gazety Wyborczej” z Brukseli. Ale jeśli spytać dowolnego trolla po prawej stronie, z czym kojarzy mu się nazwisko „Mycielski”, odpowiedź będzie ta sama: z Sokiem z Buraka. Skojarzenie takie (a po tamtej stronie straszna obelga) to w dużej mierze kaczka dziennikarska z bujnej wyobraźni Samuela Pereiry. Robiąc ze mnie „twórcę hejterskiego Soku z Buraka”, Pereira chciał uderzyć w Donalda Tuska (którego rzekomo jestem „człowiekiem”) i kandydującą wówczas Małgorzatę Kidawę-Błońską (w której sztabie faktycznie działałem).

Prawda jest dość banalna: Sok z Buraka to jedna z wielu stron satyrycznych, a ja jestem jednym z kilkudziesięciu jej edytorów, przy czym żadnej treści dla niej nie tworzę, wykorzystuję ją tylko do promowania pracy różnych organizacji i osób, z którymi współpracuję (Spontaniczny Sztab Obywatelski, Fundacja Otwarty Dialog, Niskie Składki, Politykotki i kilka innych – wszystkiego tak od razu nie zdradzę po naszym pierwszym drinku). Dodatkowo usuwam fejki i obraźliwe komentarze, czyli ogólnie pilnuję porządku.

Skoro jednak łatka przylgnęła na dobre, trzeba ją obrócić w coś pożytecznego. Stąd „Sok z Brukselki” – czyli, za namową wspomnianego wybitnego felietonisty (piszę tak tylko po to, żeby go zdenerwować – jak podkreśla, komplementy na niego nie działają) moich słów kilka o ciekawych dla rodaków wydarzeniach z tzw. „EU bubble”, europejskiej bańki, by przybliżyć Wam tę straszliwą biurokratyczną machinę, o której opowiadają „Wiadomości”. Na wstępie zaznaczę, że eurokratą nie jestem, więc spojrzenie mam raczej przez okno niż ze środka. Zainteresowanych widokiem ze środka kieruję do naszych europosłów, dyplomatów i funkcjonariuszy w instytucjach.

Po tym przydługim wstępie w moim pierwszym, dziewiczym felietonie opowiem Wam – możliwie prosto – czym zajmował się wczoraj Parlament Europejski wspólnie z Komisją i Radą Europy (nie mylić z Radą Europejską, czyli tą do niedawna od Tuska). Omawiał otóż zaproponowany przez komisję LIBE (Wolności Obywatelskich, Sprawiedliwości i Spraw Wewnętrznych) mechanizm ochrony demokracji, praworządności i praw podstawowych. Można o tym poczytać w komunikacie prasowym [LINK] po sesji plenarnej, na której mechanizm był wyjściowo tworzony. W skrócie: chodzi o ciągłe monitorowanie przestrzegania wartości unijnych przez wszystkie kraje członkowskie, według wspólnych kryteriów, z corocznym raportem na ten temat.

Projekt nie budzi większych kontrowersji nawet w grupie Europejskich Konserwatystów i Reformatorów, do której należy PiS. Do wczorajszej debaty włączył się wprawdzie poseł Jaki (z samochodu, po trzech nieudanych próbach, ku frustracji prowadzącej wiceszefowej komisji; posłance Kempie nie udało się połączyć wcale), ale zgłosił zarzuty nie tyle do samego mechanizmu, co do – w jego mniemaniu – niesłusznego skupiania się na Polsce jako przykładzie kraju, wobec którego ten mechanizm należy wykorzystać. Poseł raz setny powtarzał dawno obaloną (przez chyba już każdą zainteresowaną instytucję na świecie) tezę, że w Polsce praworządność ma się świetnie, bo reforma sądownictwa wprowadza rozwiązania znane chociażby z Niemiec [LINK].

Jest natomiast w unijnej propozycji pewien aspekt, który wywołuje strach wśród PiS‑owskich polityków, a mianowicie mechanizm zależnościowy. W skrócie: wypłata dotacji unijnych będzie zależna od przestrzegania zasad praworządności przez państwo, co w praktyce oznacza mniej pieniędzy z Unii dla Polski w wyniku działań PiS‑u. Nasza strona rządowa przedstawia ten pomysł jako karanie przez Brukselę obywateli za uprawnione i słuszne reformy wymiaru sprawiedliwości, co wykracza poza kompetencje Unii (nie, nie wykracza – patrz art. 19(1) TUE i art. 47 Karty praw podstawowych UE). Od wspierania tej propozycji stroni nawet strona opozycyjna, bo wie, jak to będzie z pozoru wyglądało. Pokrótce więc wytłumaczę, dlaczego mechanizm zależnościowy jest nie tylko sensowny, ale i konieczny.

Zależność wypłaty środków od stanu praworządności jest niezbędna do ochrony budżetu UE – tego samego, z którego Polska czerpie od szesnastu lat. Logika za tym stoi prosta: aby mieć kontrolę nad wykorzystaniem środków i chronić budżet przed korupcją i nadużyciami, w każdym kraju UE musi funkcjonować niezależne sądownictwo – niezależne od władzy, która tymi środkami dysponuje. W języku angielskim mówi się: „Nie należy stawiać lisa na straży kurnika”, i o to właśnie chodzi. Wymiar sprawiedliwości musi posiadać zdolność prowadzenia niezależnych śledztw, czyli mieć niezależną od nacisku władzy prokuraturę (tutaj macham do pana Z.) i niezależne sądy, państwo musi też mieć sprawne, przejrzyście funkcjonujące organy władzy wydające środki z unijnego budżetu. Jeśli którakolwiek z tych funkcji państwa jest zagrożona „deficytem praworządności”, jak to ładnie określił wczoraj komisarz Reynders, UE będzie miała prawo wstrzymać środki unijne, obniżyć ich wysokość albo ograniczyć do nich dostęp proporcjonalnie do skali problemu.

Czyż nam, Polakom, którzy do budżetu UE również się dorzucamy ze swoich podatków, nie powinno zależeć na tym, by jakaś „grupa kolesi” w takim czy innym kraju (a chyba zwłaszcza w naszym własnym) nie uwłaszczyła się z naszych kieszeni? Ano powinno, podobnie jak (a nawet bardziej) zależy na tym krajom, które do unijnej skarbonki wrzucają znacznie więcej niż my. Pozostaje więc pytanie, dlaczego ktoś by wolał, żeby taki mechanizm nie ujrzał światła dziennego. Mam nadzieję, drodzy Państwo, że po tej lekturze możecie na to odpowiedzieć sobie sami.