Pomniejsze bóstwa. Felieton Adama Jaśkowa (53)

Pomniejsze bóstwa. Felieton Adama Jaśkowa (53)

Każda epoka ma swojego idola – mówiono. Bacon by powiedział, że każda epoka ma swoje złudzenia poznawcze. Proces powstawania idoli najciekawiej opisał Terry Pratchett, co prawda nie w przywołanych tu w tytule „Pomniejszych bóstwach”, ale w „Wiedźmikołaju”. Idole to właśnie takie pomniejsze złudzenia poznawcze, czyli bóstwa.

Każda epoka ma swojego idola – mówiono. Bacon by powiedział, że każda epoka ma swoje złudzenia poznawcze. Proces powstawania idoli najciekawiej opisał Terry Pratchett, co prawda nie w przywołanych tu w tytule „Pomniejszych bóstwach”, ale w „Wiedźmikołaju”. Idole to właśnie takie pomniejsze złudzenia poznawcze, czyli bóstwa. Przyjmuje się, że najłatwiej o nie w okresie dorastania, gdy dziecko poszukuje wzorów, a jeszcze nie potrafi odróżnić złudzeń od rzeczywistości. W wielu dorosłych, jak się okazuje, nadal żyje dziecko. Zachęta do odkrywania w sobie dziecka nie wydaje się jednak dobrą radą.

Jak pamiętam, ostatnim moim idolem był Tomek Wilmowski – choć w zasadzie nie był to idol, tylko podziwiana postać fikcyjna. Każda jednak podziwiana postać jest trochę fikcyjna, a im więcej tej fikcji, tym częściej postać może uchodzić za idola.

Zwykły podziw czy zachwyt różni od idolatrii to, że idol zachwyca w każdym swoim przejawie, czynie i geście – nieważne, czy gest jest bohaterski czy czyniący… nic.

Czasami nawet czuję się jakby uboższy z powodu braku idola. Zaglądam wtedy na strony portali nazywanych dla niepoznaki informacyjnymi, oglądam fotosy idoli i kandydatów na idoli. I mi przechodzi.

Tomek był w porzo, jak to się kiedyś mówiło. Patriota, ale i obieżyświat. Miał przygody, pomyłki, ale też dużo szczęścia, jak to w powieści dla młodzieży. Z żywymi kandydatami na idoli czy idolki bywało gorzej, bo życie to nie bajka – znaczy się, nie powieść. Niestety, mój wrodzony sceptycyzm i nabyty krytycyzm szybko dekonstruowały takich kandydatów. Owszem, jedni podobali mi się bardziej, drudzy mniej. Bardziej pewnie ci , których nie miałem okazji dokładnie poznać czy więcej się o nich dowiedzieć. W przeciwieństwie do mnie, ludzie zwykle tracą przy bliższym poznaniu. Niewiele chyba brakowało, a moim idolem mógłby zostać Kościuszko, ale nie wyszło, choć trochę się starał. Następny w kolejce był Tadeusz Boy Żeleński. Były też osoby, które wielbiłem za ich twórczość lub poglądy, nie wnikając w całokształt ich czynów. Podziw na granicy uwielbienia dla Kofty (Jonasza), Tuwima, Młynarskiego czy Leśmiana nie jest trudny, przynajmniej dla mnie. Podobnie z (od)twórcami muzyki: od Mahlera czy Griega po Gary Moora, Erica Claptona, Lennona, RHCP, Pearl Jam i wielu, wielu innych. Lennon szczególnie był mi bliski, nie tyle wtedy, gdy śpiewał, że ma nadzieję („Imagine”) – bo przecież wiem, że nie ma nadziei – ile wtedy, gdy nie wierzył nawet w Boba Zimmermana Dylana („God”). Pewnie byłby zdziwiony, że Dylan dostał Nobla, ale nie dane mu było dożyć i się zdziwić. Jak do tego doszło, odpowiedź zna tylko wiatr. Gdybym sam miał dawać nagrody bardom, to głosowałbym wszystkimi kończynami za Leonardem boskim Cohenem.

Skoro już mowa o bardoidolach, to warto wspomnieć o Cacie Stevensie. Czy mam wyprzeć z pamięci „Lady D’Arbanville”, „Morning has broken” i „Wild world”, bo Cat odleciał i został Yusufem? Nigdy nie wymagałem, żeby zgadzał się z moim światopoglądem, ani też – mam nadzieję – on nie oczekiwał tego od swoich słuchaczy. A jeśli nawet oczekiwał, to jego problem.

A co mam zrobić z Erikiem Claptonem, który odmówił koncertowania w reżimie sanitarnym? Nie wierzy w wirusa? Lennon nie wierzył w Dylana, a ja nawet bardziej wierzę Lennonowi niż Claptonowi. Dalej będę słuchał „Layli” (i nie tylko), bo to song wszech czasów. Na pewno nie pójdę na koncert, bo Clapton nie będzie grał w reżimie sanitarnym, a ja w żadnym innym bym się nie stawił. Poza tym koncerty są coraz droższe.

Pomniejsze bóstwa rozpleniły się w epoce Internetu, choć przecież nie pojawiły się dopiero wtedy. To dzieci plotki, prasy brukowej i telewizji śniadaniowej. Jest taki stary rysunek Andrzeja Mleczki: pracownik mediów z mikrofonem prosi —Niech pan powie cokolwiek, a ja to puszczę na gorąco. I to jest model dzisiejszych mediów. Zresztą, media nie są już potrzebne, bo wielu potrafi mówić „cokolwiek” na gorąco, a nawet to nagrywać i wrzucać do sieci. I niestety wielu to robi.

Konfrontacja opinii na temat szczepień ujawniła ogrom dezinformacji, w jakim na co dzień tkwimy. Bo przecież opór wobec szczepień, w tym tych obowiązkowych, narastał od dawna, przy biernej na ogół postawie instytucji państwa i przedstawicieli nauki. Co gorsza, jedni i drudzy tolerowali opinie proepidemiczne, dosyć częste w obu tych środowiskach.

Oczywiście, możemy wszystko zwalać na Rosję i Chiny, ale sami tworzymy sobie ocean ignorancji – niektórzy z nieufności wobec władzy (co akurat nie powinno dziwić), inni z lęków własnych i cudzych. Do tego dolewane są bzdury serwowane w reklamach cudownych środków dających cudowne efekty. Wszystkim rządzą pomniejsi bogowie zrodzeni z naszych lęków i ignorancji. Być może bardziej nie wierzymy w siebie, niż wierzymy w innych, którzy niestety wierzą sobie często bezpodstawnie.

Należy starannie dobierać sobie pomniejsze bóstwa, a najbezpieczniej jest wybierać te pluszowe. Pod warunkiem, że jednak nie mówią.

PS W rozważaniach pominąłem tych idoli, którzy – jak twierdzą – odżywiają się światłem. To przecież nie idole, lecz bogowie lub boginie. Albo wielkie poznawcze złudzenia.

również na aristoskr.wordpress.com


Felieton jest wyrazem opinii autora. Nie prezentuje stanowiska ZR Małopolskie

Tekst wart skomentowania? Napisz do redakcji!