Na wschodzie bez zmian. Felieton Fryderyka Zolla (359)

Na wschodzie bez zmian. Felieton Fryderyka Zolla (359)

W natłoku informacji, których sensacyjność celowo się podkręca, wiadomość o tym, że na Ukrainie może zaraz wybuchnąć wojna, nie wywołuje szczególnego wrażenia. Wobec bełkotu płynącego z większości mediów, wobec zacierania granic między wirtualnością a rzeczywistością, widoczne na zdjęciach kolumny wojska wyglądają tak samo realnie lub nierealnie jak wszystko inne.

Należę do pokolenia, dla którego wojna to doświadczenie dziadków, czasem rodziców – doświadczenie nie całkiem dalekie, ale znane tylko z opowieści. Przez moment przyszło nam żyć w świecie, w którym zanikały (choć nie dla wszystkich) granice, a ludzie mówiący różnymi językami stawali się sobie bliscy. Wybuch wojny na wschodzie Ukrainy zaczął zmieniać tę optykę. Na uniwersytecie w Tarnopolu, miejscu dla mnie ważnym, pojawiły się na ścianach zdjęcia młodziutkich chłopców w mundurach przyozdobione czarnymi wstążkami. Podobne portrety można było zobaczyć w domach rosyjskich. Był to widok szokujący. Jeszcze kilka lat wcześniej z ukraińskich głośników płynęły rosyjskie piosenki. Putin swoją polityką wyrzucił rosyjskość z Ukrainy. W życie wkradał się dysonans. Lwów, Tarnopol stawały się coraz bardziej kolorowe, ale pod radosną powłoką kryła się obawa. Znajomi dostawali wezwania do armii.

W zeszłym roku my także zaczęliśmy poznawać śmierć z bliska. Na granicy między Białorusią a Polska umierali zziębnięci ludzie uciekający przed wojnami toczonymi w innych częściach świata. Dziś rzeczywistość coraz bardziej przypomina świat sprzed I wojny – ów gwałtowny przeskok od belle epoque do piekła Verdun – i świat sprzed II wojny, spod znaku Monachium.

Dla mnie osobiście perspektywa wojny między Rosją a Ukrainą jest koszmarem. Mam przyjaciół i tu, i tu. Od lat staram się budować mosty – a raczej mostki – naukowych kontaktów. Świat bez wojen wydawał się tak bliski. I jeszcze nie jest stracony. Co tkwi w głowach polityków, skoro są w stanie wysyłać na śmierć tysiące młodych ludzi? Jak można zdeformować własną moralność do tego stopnia, by zniszczenie przyszłości usprawiedliwiać jakimiś politycznymi fantasmagoriami? Co się z nami dzieje, że godzimy się na rządy degeneratów, którzy nakazują strzelać bez ostrzeżenia lub po prostu pozwalają umierać na granicy?

Do tej wojny nie może dojść. Nie wystarczy jednak zapobiegać jej wybuchowi czy starać się uniknąć błędu Chamberlaina. Trzeba zmienić logikę. My, ludzie XXI wieku, musimy uratować świat bez granic, świat wzajemnej wymiany, wielokulturowej mozaiki. Musimy stworzyć świat, w którym jedni nie podniosą broni przeciwko drugim. Co siedzi w pokracznych mózgach ludzi władzy? Znudzili się? Zużyli zasoby zapewniające im stołki, więc chcą ofiary z krwi? Nie pozwólmy, by jeźdźcy Apokalipsy znowu przeorali naszą rzeczywistość. Nie pozwólmy, by plugawi ludzie, którzy pławią się we władzy i nie wyobrażają sobie bez niej życia, zasiali w nas nienawiść, rozbili zwykłe ludzkie przyjaźnie. Nie dajmy się nabrać na narodowe mitologie, które mają uzasadniać zło wyrządzone drugiemu. Nie ma zgody na śmierć żadnego człowieka. Politycy, przestańcie bawić się w wojnę. Wojna was zmiecie. Cena będzie jednak nie do zniesienia wysoka.


Felieton jest wyrazem opinii autora. Nie prezentuje stanowiska ZR Małopolskie.

Tekst wart skomentowania? Napisz do redakcji!